RSS
poniedziałek, 17 grudnia 2012
2.22

Pomyślałam, że napiszę choć raz w tym roku. Blog umarł, to jasne, ale ja jeszcze żyję. Wprawdzie przez kilka dni tylko, ale zawsze to jakieś życie. Za 13 dni będę miała 30 lat i nawet nie potrafię wybrać daty przyjęcia urodzinowego, które sobie wymyśliłam, że zrobię, Bo czemu nie? Mam dwie prawdy życiowe o sobie na chwilę obecną, niedzielną, nocną:

Pierwsza prawda: nigdy w życiu nie urządziłam swoich urodzin.

Druga prawda: nigdy w życiu nie miałam własnego komputera.

Druga prawda życiowa nijak ma się do pierwszej, ale tak mi się skojarzyły rzeczy, których "nigdy". Jest wiele takich rzeczy, natomiast żadna z nich nie jest tak bardzo mało prawdopodobna jak te powyższe.

Chcę więc zatem zrobić swoje urodziny, żeby ludzie przynieśli mi prezenty, to jasne. Zrobiłam już nawet listę takich prezentów (jest na niej na razie 19 pozycji), ale przecież jeszcze jej nie udostępnię, skoro nawet nie wyznaczyłam daty imprezy, co nie? A może udostępnić?

Lubiłam kiedyś to pisanie strasznie, a teraz wydaje mi się ono strasznie mało ważne i głupie.

Cóż interesującego jest w tym, że wyrżnęłam sobie nożyczkami z niebieską rączką IKEA znaczną część grzywki i wyglądam głupio?

Albo w tym, że byłam dziś na koncercie chóru gospel, który śpiewał o lordzie, o tym, że jesus loves you, że another chance i że mi się to bardzo podobało i nawet sobie nóżką tupałam potajemnie?

I że założyłam sobie konto na Twitterze i że mnie to w ogóle nie jara?

I że mój były szef robi mnie na kasę i nie mam za co naprawić swojego samochodu, któremu zepsuło się kolejno:

- OC

- przegląd

- sworznie wahaczy/(a?)

- silnik krokowy

- 2 opony zimowe

- hamulec ręczny

- nawiew na szybę

- listwa na drzwiach

oraz pewnie kilka innych mniejszych bądź większych drobiazgów.

Powiedziałabym Wam, co wymyśliłam różnym ludziom jako prezenty pod choinkę, ale przecież nie powiem.

Przyszła zima i znowu mam ochotę zamieszkać na dalekiej północy, chodzić w śniegowcach po śniegu, siedzieć nago w saunie, jeść mięso z reniferów, słuchać koncertów lokalnych grup w świetlicy wiejskiej, wyglądać przez okno na wielkie, białe połacie i siedzieć po cichu przy ogniu pijąc dużo grzanego wina.

Tymczasem wokół blokowisko na Piątkowie oraz kupy, które wyszły spod roztopionego śniegu. I ta głupia piosenka, która jest taka smutna i taka ładna (tak, wiem, to taaaakie tandetne).

02:22, b.a.l.u.k
Link Komentarze (13) »
wtorek, 01 listopada 2011
Czas zimowy? WTF?

Zmiana czasu jest głupia i nie wiadomo po co. Prawdę powiedziawszy do końca jej nie rozumiem, mimo iż ostatnio nawet jeden ośmioletni chłopiec ładnie mi rozrysował to na niezwykle czytelnym i logicznym wykresie, który jako wykres doskonale rozumiem, ale już jako przełożenie na rzeczywistość kompletnie nie. Bo jak to jest właściwie? Była sobie noc i w tej nocy przestawiliśmy zegarki w telefonach (mowa o czywiście o tych telefonach, które same sobie z tym nie radzą - vide: mój) bądź, jeśli ktoś ma, w zegarkach-zegarkach (ja nie mam) z późnej godziny na wcześniejszą i to spowodowało, że wydarliśmy tej nocy godzinę snu (czy cokolwiek tam robiliście). Okej, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale jaki to ma związek z tym, że rano ma nam się niby lepiej wstawać, skoro o takiej 6.00 jest i tak ciemno jak ja pierdolę? I co ma do tego światowe oszczędzanie energii (które jest ponoć jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy)? Przecież, skoro wcześniej robi się ciemno, znaczy to tylko tyle, że wcześniej zapalimy światła, nie? Czy ktoś mi to może po baluczemu wytłumaczyć? Zawsze, gdy zmiana czasu ma miejsce, czuję się oszukiwana przez System, serio, to jest coś, na co zupełnie nie mam wpływu i co mnie dość przeraża, zwłaszcza, że cały świat (prócz Rosji, która Wie Lepiej) zgodnie, przykładnie i punktualnie godzi się na taką machlojkę. Fascynujące.

Czytałam ostatnio artykuł o jakimś wymarłym mieście gdzieś w Rosji, które to miasto stało się bardzo popularnym celem wycieczek skandynawskich ludzi, w którym to mieście mają przez sześć miesięcy nieustanny dzień (albo nieustanną noc, nie pamiętam już) i mnie to jednocześnie przeraziło i zafascynowało. Od razu kojarzy mi się to z Bornym Sulinowem (które mnie ostatnio nawiedza w snach) wszystkimi tymi skandynawskimi filmami, gdzie królował śnieg, rządziła pustka i urzędował wiatr oraz małe zagęszczenie mieszkańców na kilometr kwadratowy, ale też z opuszczonym hotelem New Hampshire poza sezonem turystycznym, z "Lśnieniem", z innym hotelem w którejś tam powieści Kinga, którą czytałam, jak byłam w podstawówce, w którym w wannie leżała martwa kobieta, z filmem "Jestem legendą", gdzie Will Smith wypożyczał filmy w zupełnie opuszczonym mieście gadając sam do siebie, z...kurde, właśnie mnie naszła myśl, że mogłam napisać o tym magisterkę: "Reprezentacja opuszczonych hoteli w filmie i literaturze", "Wizja bezludzia po zagładzie ludzkości", "Baluk sam na świecie"! Jak byłam mała i czytałam te wszystkie horrory niejednokrotnie wyobrażałam sobie, że zostaję sama na świecie i wtedy co? Pamiętam, że wcale się nie bałam, a moje wizje oscylowały wokół chodzenia po sklepach i brania wszystkiego, na co mam ochotę, włażenia do tych mieszkań w sąsiedztwie, w których jeszcze nie byłam i...to by było chyba na tyle. Raczej nie myślałam o pójściu do banku, żeby go obrabować (just in case, gdyby ludzkość nagle odżyła i pieniądz stałby się ponownie istotny).

W każdym bądź razie chciałam tylko powiedzieć, że jak ciemno mi się za oknem zaczyna robić o 16.00, to ja mam wrażenie, że jest późna noc, że trzeba iść spać, że wszystko się skończyło, że nic już mnie nie czeka i w ogóle pogrom oraz deprecha.

A tak poza tym, to od soboty (jest wtorek) nie byłam na tzw. dworze i mi chyba zaczyna odpierdalać.

20:32, b.a.l.u.k
Link Komentarze (11) »
środa, 31 sierpnia 2011
10 powodów, dla których warto zamieszkać w Łodzi

Znajoma, niejaka Magda Lans, jako rodowita Łodzianka na wieść o tym, że Damę Mego Serca być może wywieje do Łodzi postanowiła przygotować mi listę dziesięciu fajnych rzeczy w tymże mieście. Przygotowała 11. Endżoj.

1. W Łodzi jest tak wiejsko, że nawet w dżinsach wyglądasz jak ikona stylu!

2. W Łodzi, nie licząc licznych dyskotek mordowni, są 3 fajne miejsca, więc gdziekolwiek nie pójdziesz - zawsze spotykasz znajomych.

3. W Łodzi panuje przekonanie, że im bardziej się napierdolisz, tym jesteś fajniejszy, więc siedząc w knajpie z lampką wina czujsz się jak byś pochodziła z wyższych sfer bogaczy, bo wszyscy chleją browary na murku przed wejściem, ewentualnie wódkę w kiblu po kryjomu.

4. W Łodzi nie dzieje sie nic interesującego jeśli chodzi o kulturę i sztukę, więc masz motywację, żeby często podróżować.

5. W Łodzi 90 % mieszkań do wynajęcia to rudery albo zapyziałe mieszkania w blokach, więc zawsze możesz coś tanio wynająć.

6. W 2009 Łódź kupiła kilka autobusów niskopodłogowych, które już tak bardzo śmierdzą, że boisz się gdziekowiek usiąść albo złapać poręczy i to Cię motywuje do dbania o kondycję fizyczną i jeżdżenia rowerem.

7. Łódź jest kolebką oryginalnych projektów i przedsięwzięć, np. likwidacji Teatru Wielkiego jako źródła niepotrzebnych kosztów. Zresztą i tak mają jedną sztukę na kilka sezonów.

8. Łódź dba o środowisko i oszczędza niepotrzebne zużytkowanie energii, np. nie są koszone trawniki, a latarnie są zapalane jak już  jest tak ciemno, że musisz sobie świecić komórką, żeby się nie potknąć o nierówny chodnik.

9. W Łodzi właściwie nie ma potrzeby świecenia sobie komórką, bo jak ją wyciągniesz po ciemku to ci ją zaraz skroją.

10. W Łodzi łatwo jest dbać o urodę, bo możesz wybierać w szerokiej ofercie solariów, salonów stylizacji "paznokcia" i lumpeksów.

11. W łodzi są podobno lekarze, którzy mogą pomóc twojej dziewczynie ;)

All rights reserved.

20:24, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Notting Chwil

Niniejszym znudziło mi się niepisanie, więc jestem. Tada!

Cały ten tłum Anonimowych Internautów odwiedzających jeszcze tą stronę (średnio sztuk trzy i pół dziennie) pragnę poinformować, iż niewiele się zmieniło przez ostatnie miesiące letnie (oraz wiosenne). Nie pisałam, bo w moim życiu nie działo się absolutnie nic ciekawego, a po cóż pisać o Niczem? Nie byłam nad morzem, nie mam opalonego ciała ani nowych, wakacyjnych fotek na fejsa, a nadchodzący, dwutygodniowy urlop zamierzam przeznaczyć na napisanie Magisterki, Której Przecież I Tak Nigdy Nie Napiszę, więc wiecie. A może wcale nie wiecie, nie wnikam. Wy też nie. Wnikajcie.

Lato minęło (gdybyście nie wiedzieli na Czartorię przyszła już jesień) na pracy, Niepisaniu, Niezajmowaniu Się Przyszłością, oglądaniu seriali oraz filmów, jeżdżeniu na rowerze i chronicznym niewyspaniu (tak, natłok przedrostka "nie" NIE jest przypadkowy). Ani się obejrzałam, a tu trzeba było jechać dziś rano w zielonym swetrze i żółtym szaliku do pracy w połowie drogi przeszukując kieszenie w poszukiwaniu chusteczki do nosa, której oczywiście NIE było.

Czuję się jak bohaterka "Fun Home'a", która to w nagłym przypływie zwątpienia w swoje nastoletnie umiejętności pisarskie zaczęła w swoim pamiętniczku wszędzie wciskać słowo "chyba", z tą tylko różnicą, że ja po pierwsze nadużywam słowa "nie" a nie "chyba" (choć chyba czasem też, nie?), a po drugie nigdy nie wątpiłam w swoje umiejętności pisarskie, ponieważ nigdy nie wierzyłam w ich posiadanie. No dobra, chuj z kokieterią, w zamierzchłych czasach licealnych pisałam Poezję oraz Prozę, ale na szczęście szybko przestałam, więc się nie liczy.

Mym wieczornym rozważaniom o Niczem towarzyszy również myśl, iż nieuchronnie zmierzam w kierunku zamieszkania z Dwoma Zupełnie Heteroseksualnymi Facetami (no chyba że o czymś nie wiem, Błaszczu...). Wprawdzie będzie ze mną mieszkała również Dama Mego Serca, niemniej ciekawi mnie takie natężenie testosteronu (wliczając w to oczywiście mój osobisty) w najbliższym otoczeniu, ale może wystarczy zrobić sylwestra w sierpniu i się zrównoważy?

Tak jak mówiłam na wstępie mego listu, naprawdę nie dzieje się nic, postanowiłam po prostu przerwać zasłonę milczenia, spocząć na manowcach, spuścić zmowę oraz zwieść Was na laury.

Do zobaczenia za trzy miesiące! Postaram się przedstawić równie pasjonującą relację z mojego życia!

00:25, b.a.l.u.k
Link Komentarze (11) »
środa, 27 kwietnia 2011
Super Baluk versus ... (no właśnie, co?)

Gdyby istniał jeszcze ktokolwiek nie wiedzący, jakże też Baluk wygląda na żywo, poniżej zamieszczam swoją podobiznę, która wyszła spod pióra (długopisu?) niejakiej Masakrycznej Biczy. Występuję tu oczywiście w roli superbohaterki.

Przy okazji wpadłam na pomysł konkursu. Należy odpowiedzieć, czymże też się postać na obrazku (czyli ja, co nie?) hołubi? Cóż poległo u jej stóp? Przed czym uratowała Wszechświat oraz Damę Swego Serca?

Nagrodą może być zobaczenie tego dzieła w oryginale. Na przykład.

P.S. A niech mnie (przedmiot zagadki kopnie), zapomniałam zapytać, czy mogę upubliczniać.

14:26, b.a.l.u.k
Link Komentarze (22) »
środa, 20 kwietnia 2011
Scenka rodzajowa

Baluk dzieli się z Aną wspaniałym pomysłem, by posprzedawać trochę niepotrzebnych mu rzeczy na Allegrze i tym samym się nieco wzbogacić. Entuzjastyczny nastrój popsuło stwierdzenie Any:

- Sprzedać? Przecież Ty nic nie masz!

Zajebiście, kurwa.

01:43, b.a.l.u.k
Link Komentarze (6) »
sobota, 02 kwietnia 2011
Hetero Lans

Dostałam błogosławieństwo Any, idąc zatem za ciosem...

Co robi Heterzyca, szykując się na randkę?

  • pyta o rady tyczące się ubioru swoją przyjaciółkę lesbijkę (coming out już tu był, co nie?), której szczytem kobiecości jest założenie (czasem) obcisłych dżinsów i która już komunijne kolczyki odrzuciła w ciemny kąt
  • nakłada na noc dużo kremu na ręce mówiąc, że pójdzie spać w rękawiczkach i jak wstanie, to będzie miała miękkie dłonie
  • to samo robi ze stopami, tyle że na nie zakłada skarpetki
  • kupuje sobie nowe rurki (inaczej nie zrobiłaby tego pewnie do jesieni)
  • kupuje sobie baleriny za 30 zeta, które pewnie nie przetrwają podróży
  • pożycza od młodszych sióstr całą masę bluzek, kurtek oraz torebuń, rzuca wszystko na kanapę w kuchni i przymierza
  • reguluje sobie brwi, czego robić nienawidzi
  • planuje wstać bladym świtem (gdzieś koło czwartej nad ranem), by zrobić się na bóstwo przed pociągiem, który ją powiezie 400 km
  • pali fajkę za fajką, bo przecież "jutro nie będzie mogła, bo on nie pali!"
  • je kanapki z szynką tuż przed snem (nie, to nie pasuje)
  • idzie do fryzjera, mimo że gdyby nie randka, dalej chowałaby odrosty pod brązową czapką
  • umawia się z psiapsiółkami, że te będą dzwonić o Godzinie Zero, żeby tamten wiedział, że jest ktoś, kto ma ją na oku i "żeby sobie nie myślał"
  • planuje odbierać ewentualne telefony w jego towarzystwie słowami "cześć kochanie", po drugiej stronie będą padać pytania typu "wygląda na psychopatę?", a ona ma odpowiadać tylko "tak" lub "nie", żeby nie wzbudzać podejrzeń
  • myśli o pójściu do kosmetyczki na manikjur, ale po namyśle stwierdza jednak, że to byłaby przesada i że "ile ona do cholery ma niego wydać?"
  • planuje, gdy całość okaże się niewypałem, zacząć kląć jak szewc, czego on ponoć bardzo nie lubi, twierdząc, że "prawdziwe kobiety tego nie robią"

A potem idzie spać na cztery godziny i myśli, że makijaż zasłoni podkrążone oczy :)

Ana, powodzenia, tak czy inaczej!

00:24, b.a.l.u.k
Link Komentarze (5) »
piątek, 01 kwietnia 2011
Depesza Modna

No dobra. Statystyki mi padają, więc coś napiszę.

Po pierwsze, walentynki trwają w tym roku wybitnie długo, co zresztą jest łatwe do zauważenia, gdy się spojrzy na czas, jaki dzieli poprzedni wpis od tegoż, ale wiem, to mnie w żaden sposób nie usprawiedliwa.

Zarzucono mi sarkazm w ostatnim komentarzu, więc postanowiłam być miła (choć mam nieodpartą ochotę potraktować to jak komplement, którym przecie to stwierdzenie niewątpliwie było, a poza tym, heloł, ja - sarkastyczna?).

Co nowego?

Ci, którzy śledzą Baluka na fejsbuku wiedzą na przykład, że podążył krok dalej w stronę stawania się kobietą i kupił sobie tusz do rzęs. Pono ładnie. Czy naprawdę jest wodoodporny okaże się, jak mnie spotka ulewa albo coś przykrego, przez co będę zmuszona się poryczeć. Wolę oczywiście ulewę.

Na zdrowiu nie podupadłam ja, ino ta, co siedziała w ostatnim wpisie pod trzepakiem (widocznie za długo wtedy siedziała, nie wiem). Ja za to stałam się Nie Wiadomo Kim na ostrym dyżurze, co mnie nieco wkurwiło i spowodowało, iż zostałam trzepnięta w udo tuż przed tym, jak powiedziałam coś Pani Doktor Na Służbie, a trzepnięta zostałam, żeby rzekomo nie pogarszać sytuacji. Ja nie z tych, co piszą elaboraty na temat tego, jak to w tym kraju jest chujowo i źle, tym bardziej nie promuję w tym miejscu swego jakże rozwiązłego trybu życia i nie wołam o tolerancję dla niego, ale cała akcja mnie wnerwiła nieco. Ot, dziwnie było znaleźć się w sytuacji, o której przy okazji każdego nawoływania o tzw. związki parterskie się mówi. Co Cię nie zabiję to Cię podkurwi. Tyle.

Poza tym Ana jedzie jutro na randkę do Krakowa (przypominam, że donoszę z Poznania) i, stawszy się jej personalną trans-dresserką, pójdę spać spokojna, bo mam przynajmniej pewność, że jak nic z tego nie wyjdzie, to nie dlatego, że Ana nie wyglądała zajebiście, tylko co najwyżej dlatego, że facet okazał się ślepym kretynem, czego oczywiście ani sobie ani jej nie życzę. Ana, w najgorszym wypadku zwiedzisz sobie miasto, a nowa fryzura prosto od fryzjera Ci przecież i tak zostanie!

Jeśli by to kogo zainteresowało, to stałam się ponownie studentką V roku, mam zatem kilkadziesiąt dni (to brzmi bardziej tragicznie niż "dwa miesiące") na obronę czegoś, co nawet nie zaistaniało jeszcze w mojej głowie. Oczywiście napisawszy to zaraz tego pożałowałam, bo to znaczy, że teraz Wiecie i Będzieci Co Jakiś Czas Pytać. Proszę, nie pytajcie, bo i tak nic nie powiem. Ale mam to przynajmniej na piśmie i może mnie to do czegoś zmobilizuje, choć szczerze wątpię.

Całkiem podoba mi się ten wpis, powinnam pisać częściej.

22:46, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Obchodzenie Walentynek (bokiem)

Idziesz do pracy jak zwykle. Jak zwykle też masz w uszach słuchawki, dzięki czemu nie słyszysz rozmów współpasażerów w zatłoczonej ósemce. W pracy nie włączasz Czyli Zet, w którym oprócz nieinwazyjnej, miłej muzyczki, na pewno będą co jakiś czas pierdolić o miłości. Tak się pięknie składa, że jesteś dziś w tej pracy sama, za ścianą trzy dziewuszki, ale ledwo je słychać i odróżnienie słów jest na szczęście niemożliwe. Nie wchodzisz na fejsbuczka, bo tam przecie zatrzęsienie osób, które tak bardzo nie lubią walentynek, że muszą cały świat o tym poinformować, a Tobie tylko przypomną, że nikt kartki nie przysłał. Nie dostajesz anonimowych listów miłosnych, bo nikt się w Tobie po kryjomu nie podkochuje, a nawet jeśli to niech spada, skoro nie ma odwagi się do tego przyznać. Znajomych masz fajnych, więc Ci esemesowo/telefonicznie/mejlowo nie życzą niczego chujowego. Udajesz, że nie widzisz pana, który z wiadrem pełnym czerwonych róż wystaje pod wubekiem i usiłuje trochę zarobić. W ogóle unikasz tego dnia czerwonego koloru, którego asocjacja w połowie lutego jest dość jednoznaczna. Unikasz też kwiatów, co na szczęście o tej porze roku jest całkiem łatwe. Puszczasz sobie z kompa same żwawe piosenki, w których ani razu nie padają słowa: laf, forewer i olłejs. W ogóle jesteś tego dnia sceptycznym singlem, który ma przecież wszystko gdzieś i nie zajmują go takie pierdoły jak okazywanie uczuć na zawołanie za pomocą specjalistycznych atrybutów miłosnych.

A potem siedzisz w zimny (ale nie za zimny) wieczór na trzepaku z Całkiem Miłą Osobą, palisz kolejnego zielonego elema i myślisz sobie, że wszystko jest dla ludzi.

Kochajcie się, dzieci ;>

20:55, b.a.l.u.k
Link Komentarze (17) »
sobota, 15 stycznia 2011
Myśli przy sobocie chorującej

W szkole średniej na religii (nie byłam na tyle zbuntowana, by na nią nie chodzić) pan ksiądz miał z nami razu pewnego pogawędkę o tym, czym jest dla nas związek (dla większości z nas było to czysto hipotetyczne pytanie), czego oczekujemy od potencjalnej partnerki czy potencjalnego partnera, jakie cechy chcemy, by miała/miał, co by było dla nas najważniejsze w takim byciu z kimś (niewątpliwie chodziło mu li i jedynie o małżeństwo). Pan ksiądz zastrzegł, że musimy to wszystko wyrazić w jednym tylko słowie.  Pierwszą myślą, jaka przyszła do mojej licealnej głowy, było poczucie bezpieczeństwa (tak, wiem, to dwa słowa). I każdy po kolei miał to następnie powiedzieć głośno całej reszcie. Siedziałam sobie grzecznie czekając, aż kolejka dojdzie do mnie ciesząc się jednocześnie, że mam gotową odpowiedź, gdy nagle usłyszałam z ust dziewczyny, w której byłam wtedy śmiertelnie zakochana, słowo: bezpieczeństwo. W mig zamiotły mną więc dwojakiego rodzaju uczucia. Raz, że mnie zamurowało, bo to był dla mnie oczywiście kolejny tego dnia ZNAK, na to, że jesteśmy sobie przeznaczone (dla ścisłości: nie byłyśmy), a dwa, że zabrała mi mój pomysł! Nie mogłam przecież powiedzieć tego samego, bo NA PEWNO pomyślałaby, że robię to specjalnie, by pokazać, jaką to mamy zgodność myśli i identyczny ogląd pewnych spraw! Cóż więc zrobiłam? Naprędce wymyśliłam inną rzecz do powiedzenia na głos. Najśmieszniejsze jest to, że za cholerę nie pamiętam, jaką alternatywę wtedy wybrałam. Śmieszne.

Czyżby?

Mówię o tym, bo ostatnio myślałam sobie trochę o bezpieczeństwie, jakie daje bycie z kimś. O tym, że łatwiej się z kimś żyje. Można sobie wynająć coś swojego bez konieczności gnieżdżenia się we współwynajmowanych mieszkaniach (nawet jeśli są to całkiem miłe gniazda, a ptaki w nich przebywające podobne Tobie), można sobie wziąć z kimś kredyt na coś miłego, można trochę zdjąć z siebie ciężar zamartwiania się problemami, bo przecież jest ta druga osoba, która też się trochę pomartwi i może nawet zadziała i problem rozwiąże za Ciebie. Same plusy, nieprawdaż?

Mówię też o tym dlatego, że przerażają mnie ludzie, którzy z tego mojego licealnego poczucia bezpieczeństwa uczynili niejako kanwę swoich związków.

Mówię o tym również dlatego, że sama tak kiedyś robiłam. I sama się sobą przeraziłam.

Zatem: nie, wcale nie śmieszne.

Baluk W Chorobie, sama idzie sobie zrobić herbatę z cytryną i miodem.

20:26, b.a.l.u.k
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8