RSS
czwartek, 26 listopada 2009
Kościotrupy

Ci, kogo to w ogóle obchodzi wiedzą już, że jestem na fejsbuku. Wie o tym również mama zdradzonejczarodziejki, której nagle przestała wystarczać nasza-klasa. Podczas zdalnego nawigowania jej ruchów za pomocą fejsbukowego czatu, rozmowa zeszła na kwestie urody, starzenia się oraz ludzkich charakterów. Mama zdradzonejczarodziejki stwierdziła, że nie wstawi sobie na fejsbuk zdjęcia, bo nie chce by jej koleżanki sprzed lat porównywały, która się jak zestarzała, a poza tym to ona wygląda korzystniej, bo nie jest stara, pomarszczona i chuda. I tutaj rozmowa, naturalną koleją rzeczy, musiala zejść na mnie. Mama zdradzonejczarodziejki stwierdziła, że mam dość głupią minę na zdjęciu profilowym, ale całość oddaje mój charakter. Zapytałam zatem, z niejakim przestrachem, jakiż to ja mam, według niej, charakter, zaczęłam też trochę przewidywać mój wygląd za kilkadzisiąt lat (co nie jest akurat specjalnie trudne), na co ono powiedziała coś, co zamierzam wydrukować jakąś ładną czcionką i powiesić na ścianie. Mianowicie stwierdziła, że:

"Kościotrupy ze zmarszczkami muszą przecież mieć jakiś charakter, inaczej nie byłyby kościotrupami ze zmarszczkami"

Wszystko byłoby piękne i zrozumiałe, gdyby nie to, że nadal nie dowiedziałam się, jaki ten charakter jest.

Baluk Płaczący Cebulą

 

16:10, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Bezrobocie vol 2

Trzeci tydzień nie żremy mięsa. Myślałam, że będzie trudniej, ale nie jest. Zaczęłam poszukiwania przepisowe i okazuje się, że jest tego całe mnóstwo. Przed nami kupienie porządnej patelni (bo takie z Ikea i ze śmietnika się nie liczą) oraz garnka (wiedzieliście, że sprzęty tego typu są cholernie drogie?) i możemy bawić się w Julię Child (ale krabów nie będę gotować żywcem ani kaczki odzierać ze skóry).

Miałyśmy dziś spacer po pewnym parku wysoko nad poziomem mora, w którym to działają stuletnie diabelskie młyny i inne karuzele, a wszystko to w towarzystwie magdalenek, kawy oraz dwudziestukilku stopni na termometrze. Upewniłam się przy okazji, że nigdy nie wsiądę w żadną kolejkę, która wiezie ludzi prawie pionowo w dół czy na rozkołysany dźwig wyrzucający małą kabinkę na wysokość kilkudziesięciu metrów. Od samego patrzenia chciało mi się rzygać.

Wyrzucili mnie z roboty. Peruwiańczyk odszedł w cholerę, przyszedł jakiś nowy pod-szef i powiedział Adios, Balúk. Chwilowo nie mam koncepcji na przyszłość, a przynajmniej na listopad i końcówkę roku.

Może by w końcu napisać magisterkę?

00:55, b.a.l.u.k
Link Komentarze (20) »
piątek, 06 listopada 2009
Wegetariaństwo

No i zaczęło się. Na pierwszy ogień poszło mięso-mięso i mięso-wędliny. Ryby i owoce z mora zostają (tak, wiem, że panga i krewetka też odczuwają ból i z chęcią by sobie jeszcze popluskały w wodzie, ale wszak to nie ma być spożywcze samobójstwo). Już na samym początku okazało się, że wszyscy wokół jedzą głównie mięso. Zdradzonaczarodziejka pięć dni w tygodniu w przerwie obiadowej opuszcza fabrykę i zmierza w stronę baru, by tam w menu odnaleźć dwie, góra trzy potrawy bez mięsa. Dziś zamówiła na przykład paellę, która to zwykła być ryżem z owocami z mora, a okazała się być ryżem z kawałkami mięsa (wydziubawszy ryż zostawiła resztę na talerzu i pani kelnerka, z dezaprobatą godną podstawówkowej pani ze stołówki, odebrała od niej NIEDOJEDZONE danie). Tymczasem Baluk w swej fabryce kuszony jest sześć razy w tygodniu. Wcześniej wszystko ładnie zjadał i jeszcze prosił o dokładkę, więc gdy w zeszły czwartek w miejsce wielkiego, pieczonego udka kurzęcego wziął sadzone jajko, zdumienie Kucharki Bułgarki było ogromne. Dnia następnego sytuacja się powtórzyła (tym razem z hamburgerem). Wszyscy wokół bardzo się dziwili pytając czy aby na pewno dobrze się czuję i zapewniając, że jeść możemy za darmo i nie mam się martwić o koszta, a w ogóle to od kiedy jestem wegetarianką?

Otóż nie jestem. Jeszcze. Na razie ograniczam. Powody nie mają nic wspólnego z tym, że mi mięso nie smakuje, bo każdy, kto mnie zna i widział jak spożywam wie, że jestem/byłam mięsożercą nieprzeciętnym i bardzo mi ono smakuje/smakowało. Powody są zupełnie balucze. Powody są brakohipokrytyczne. Bo nie jest tak, że kotki, pieski, konie etc. (nie wliczając w to,  niestety, świnek morskich*) są aja, więc ich nie jemy, a te wszystkie inne są mniej fajne i możemy się nimi zajadać. Nie jest tak i już. Bo nie może tak być.

Tym, którzy się martwią, że zwiotczeję przypominam, że od zawsze jadłam mięso, a mój poziom hemoglobiny i tak nigdy nie pozwolił mi oddać krvicy.

Będzie dobrze, zdradzonaczarodziejka mówi, że są przecież parówki sojowe...

Ament.

* jak powszechnie wiadomo, świnka morska nie jest ani świnką ani morska, a co za tym idzie do niczego się nie nadaje, śmierdzi, jest głupia i robi bobki po kątach, więc jest zupełnie bezużyteczna

00:17, b.a.l.u.k
Link Komentarze (17) »