RSS
sobota, 27 listopada 2010
Chwila trwogi

Coś ostatnio napomknęłam o inteligencji, nieprawdaż? O boska naiwności!

Po wysprzątaniu całego mieszkania z okazji soboty (tak, jestem bardzo konwencjonalna i sprzątam tylko w ten dzień tygodnia) postanowiłam zasiąść sobie do komputera (uściślając: do Internetu). Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Wzięłam sobie moje czarne cudo na kolana, otworzyłam klapkę, strzepnęłam okruszki z klawiatury, włączyłam stosowny przycisk i co? I gówno. Połączenie sieci bezprzewodowej: nie połączono. WLAN disabled. Pobieranie adresu sieciowego. Czyli wszystkie moje ulubione napisy. Oczywiście, że poczułam się jak narkoman, który odkrywa, że nie ma swojej działki na wieczór; jak alkoholik, któremu wylano resztkę wódki do zlewu; jak nimfomanka, której zaplanowana na noc kochanka odmówiła w ostatniej chwili spotkanie; jak (nazwijmy to po imieniu) Osoba Uzależniona Od Internetu, której padła sieć. Poczułam się źle. Pewnie powinno mi to dać do myślenia, być może należało wziąć grzecznie z półki książkę i sobie ją poczytać, zrobić napisy do filmu, które same się nie zrobią, skończyć papierki pracowe, poćwiczyć ciało fizycznie, obejrzeć film, którego wczoraj obejrzeć się nie udało, no cokolwiek pożytecznego zrobić.

Ale nie, gdzieżby tam. Co robi Baluk? Włazi w kreatora sieci bezprzewodowej, grzebie w ustawieniach, włącza/wyłącza w amoku zaporę systemu Wu, sprawdza, czy karta sieciowa aby na pewno działa, wkurza się, miota, resetuje modem trzy razy, komputer cztery, do znudzenia odświeża listę dostępnych sieci, generalnie: walczy. Przy tym wszystkim ma pewność, że Internet POWINIEN być (co na początku nie było takie oczywiste, bo do głowy wpadła myśl pełna nadziei, że może przez te tony śniegu, które spadły, są jakieś zakłócenia w eterze), bo Ana, krzątająca się po domu, go posiadała. Już miałam wizję kompletnie starconej reszty dnia, już myślałam, że trzeba będzie wymieniać kartę sieciową, już byłam Kobietą Prawie Na Skraju Załamania Nerwowego, gdy nagle mój wzrok, pochmurny a groźny, padł na magiczny przycisk z ikonką takiej antenki, na pewno ją znacie, taka mała antenka, która powinna się świecić, żeby wszystkie fejsbuki, jutuby i wszelakie inne strony chodziły poprawnie. I cóż zauważył ten mój przespostrzegawczy wzrok? Że ta antenka, która powinna być niebieska, NIE JEST niebieska. A dlaczego nie jest niebieska? Bo przycisk jest WYŁĄCZONY? Więc krzyczę:

- Kurwa, ale jestem głupia!

- Co się stało? – pyta lekko zaniepokojona Ana z otchłani swojego pokoju.

- Przycisk do sieci bezprzewodowej był wyłączony! – krzyczę jej na to.

A cóż odpowiada Ana? (tak, ta historia ma puentę, która właśnie następuje)

- Aaaa, bo to ja się tam u Ciebie bawiłam. Myślałam, że to regulacja dźwięku!

Ręce by mi niechybnie opadły, ale że akurat były nad klawiaturą, nie tracąc czasu pospiesznie wklepały adres bloxa i całą powyższość.

Dziękuję bardzo. Mersi buku.

23:28, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
niedziela, 14 listopada 2010
Garść mięsa

Mija rok, jak nie jem mięsa, czas na jakieś podsumowania, prawda?

W ciągu tego czasu zdarzyło mi się kilka wątpliwych moralnie sytuacji.

Razu pewnego De. Poczęstował mnie w pracy czipsami i ja, niewiele się zastanawiając, bo byłam cholernie głodna, chwyciłam wielką ich garść i z miejsca pożarłam, a potem jeszcze wyzbierałam okruszki i oblizałam dłoń. Dopiero po chwili mnie tknęło, żeby spojrzeć na opakowanie, na którym widniało, a jakże, „kebabowe” czy „kotletowe”, nie pamiętam. Mając jednak na uwadze dyskusję na fejsbuku o zerowej zawartości kury w rosołowej zupce chińskiej, nie przejęłam się specjalnie całym zajściem.

Innego, wcześniejszego razu zjadłam bekonowego czipsa i zrobiłam to już w pełni świadomie, żeby poczuć to balansowanie na granicy. Nie poczułam.

Ostatnio również, będąc na pewnym szkoleniu, na którym to w ramach cateringu przywieźli pizzę, mój język spotkał się z niejaką szynką gotowaną. Pizza miała być wegetariańska, w związku z tym przywieźli taką czteroserową (bardzo oryginalnie). Zasiadłam więc z innymi, by i ją wściekle pożreć, chwyciłam pierwszy kawałek i po pierwszym kęsie poczułam, że powłoka serowa skrywa pod sobą okołomięsne (to była naprawdę beznadziejna szynka) tajemnice. Niewiele się namyślając, a właściwie wcale się nie namyślając, wyplułam zawartość kęsa wprost pod nogi osoby siedzącej najbliżej. Do dziś mnie zastanawia, czemu nie wyplułam tego zgrabnie w chusteczkę bądź w dłoń swoją. Zastanawiające. Ale dobre obyczaje to nie jest to, na czym się znam najbardziej.

Nie łudzę się. Pewnie mięsnopodobne produkty były mi przez ten czas przemycane nie raz. Jednak tylko o powyższych mi wiadomo.

Jaki jest bilans zatem?

Wciąż mam anemię, nie sprawdzałam, ale Takie Rzeczy się czuje, prawda?

Siada mi prawe kolano, od jakiegoś czasu czuję, że je mam. Wprawdzie zjadłam opakowanie jakichś tabletek, które miały mi rzekomo pomóc, ale efekt jest mizerny. Poza tym regularnie podtrzymywałam złe samopoczucie mojego kolana jazdą na rowerze na stojąco, co ponoć bardzo nie służy.

Dobrze czuję się z myślą, że jednak staram się nie jeść żywych stworzeń i to jest akurat najważniejsze. Wprawdzie zeżarłam ostatnio talerz krewetek i tłuszcz ściekał mi między palcami, ale jest to tylko kwestią czasu, kiedy i je i im podobne pływająco-brodzące porzucę. I chęci gotowania, której mi ostatnio bardzo brak.

Poza tym przemówiła do mnie sztuka ulicy w postaci:

 

mural

Tak, chciałabym być inteligentna.

22:26, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
niedziela, 07 listopada 2010
Plastic bag

Dość nietypowy film drogi.

03:05, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »