RSS
czwartek, 23 lipca 2009
Zamążpójścia

Gdybym chciała wyjść w Hiszpańskim Kraju za mąż, odbyło by się to nadzwyczaj szybko.  W ciągu ostatniego miesiąca miałam co najmniej dwie, mniej lub bardziej zawoalowane, oferty zamążpójścia.

Oferta I

Siadam sobie w kafejce internetowej u tzw. Pakistańca przy stanowisku nr 4 (tylko 0,70 € za godzinę!). Obok, przy komputerze z nr 5, siedzi bardzo czarny Pan Murzyn i zaczyna zerkać na mnie swymi jakże białymi białkami. Pozerkał chwilę i zapytał:

- Francuzka?

- Nie, Polka.

- Ach, bo masz taką twarz, jak byś była z Francji.

- ???

- Polska? To niedaleko Rumunii, prawda?

- Nie tak znowu niedaleko…

Pan Murzyn chwilę myśli po czym mówi:

- Bo wiesz, ja mam takiego kolegę. I jego żona jest Polką właśnie!

(potem nastąpił jeszcze krótki dialog, w którym wyjaśniłam Panu Murzynowi, że ja wcale nie na wakacjach i że oczywiście, że można żyć bez posiadania męża).

Oferta II

Kupuję w naszym México napój gazowany międzynarodowego koncernu. Sklep należy do innego Pakistańca (tzn. pewnie należy do mafii, ale sprzedaje w nim Pakistaniec). Wydając resztę pyta:

- Skąd jesteś? Italia?

(ależ oczywiście, że Italia! przecież ja jestem Mokra Włoszka wypisz wymaluj!)

- Nie, Polonia.

Dalszy ciąg nie nastąpił, czmychnęłam czym prędzej zostawiając pana głęboko się zastanawiającego, czy ta Polonia to jest już w Unii Europejskiej, czy może jeszcze nie…

Była jeszcze Oferta III, która dotyczyła mnie niejako zaocznie, ponieważ to Zdradzoną Czarodziejkę wypytywano, czy ta druga dziewczyna, co przychodzi na Internet to aby może jej siostra i w ogóle co słychać, a może by tak podwójne, szybkie zamążpójście z moim bratem, co go ukrywam na zapleczu? A może nie?

Tymczasem pozostaję koziorożcową panną i tylko trochę się zastanawiam nad tym, że w sumie to czemu by tej Zdradzonej Czarodziejki nie zaciągnąć do ołtarza skoro można. Albo raczej czemu by się nie dać zaciągnąć. O.

Jak również byłam na rozmowie o pracę, na której wypełniałam test i się w kurtce okaże, czy ja coś o życiu wiem, czy nie wiem nic.

Chylę czoła przed ludźmi pracy!

bala-baluk

14:43, b.a.l.u.k
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Ciepłe kraje donoszą

Wbrew milczącym pozorom wcale nie mam w tej Barcelonie tylu zajęć. Po prostu niezwykle niewygodnie korzysta się z Internetu, gdy trzeba wychylić się solidnie za okno, położyć laptopa na klimatyzatorze, by następnie usadowić się na parapecie i zwisać połową ciała z piątego piętra. I nawet jak się pościeli coś na framudze okna to i tak po dziesięciu minutach boli tyłek.

Trochę też szukam pracy, ale jak na razie zadzwoniono do mnie tylko raz po angielsku i nie wróżę temu powodzenia. Zawsze mogę odkurzyć skrzydła i stanąć na Rambli* jako Mimoza**, a co!

Widziałam już morze, owszem, ale nie miałam przyjemności się w nim zamoczyć (nie licząc stóp i kawałka spodni) z braku kostiumu kąpielowego. Szukałam tutaj, ale nie znalazłam; Zdradzona Czarodziejka mówi, że to dlatego, iż jestem niewymiarowa, ja powiedziałabym raczej, że to z przyrodzonej patyczakowatości i przemodlenia wczesnoszkolnego (vide: Bozia Od Biustu).

(tu nastąpiła pięciominutowa przerwa, w której to Baluk namawiał uciekniętą przez okno Maczę***, by zechciała wrócić do domu i przestała przechadzać się po daszku nie posiadającym barierki…)

I jako że się powyższym nieco zdenerwowałam, zakończę.

* to taki pasaż, na którym sprzedają kanarki oraz sztukę uliczną przez duże „sz”

** to sprzedawanie się na ulicach ciepłych krajów, głównie w postaci anioła

*** to nasz kot (gdyby ktoś jeszcze nie wiedział)

Ja wiem, że jak się czekało na wpis tyle czasu, to się spodziewa czegoś zajebistego, ale mówi się trudno i włazi się pod zimny prysznic dla ochłody dalej.

02:15, b.a.l.u.k
Link Komentarze (19) »