RSS
wtorek, 18 sierpnia 2009
Na bezrobociu

Nigdy nie zapisujcie się na hospitalityclub.org (nie tylko dlatego, że mają przebrzydłą stronę). Wczoraj pewne dwie frywolne dziewczęcia z Francji bardzo potrzebowały noclegu w Barcelonie, a że jesteśmy z natury gościnne i miłe to zgodziłyśmy się, mimo iż niewiasty dały nam znać o swej potrzebie kilka godzin wcześniej (nieważne, że Zdradzona Czarodziejka wyraźnie napisała przy rejestracji, żeby dawać znać trzy dni wcześniej). Ale dobrze, przecież każdemu coś czasem wypada niespodziewanego, nieprawdaż? Chciałyśmy zrobić dla biednych autostopowiczek coś dobrego i odwdzięczyć się za te wszystkie razy w życiu, kiedy to nam ktoś pomógł, zrobiłyśmy zakupy, naładowałyśmy lodówkę napojami różnej maści, obmyśliłyśmy kolację, by dziewczęta zjadły coś ciepłego, zmieniłyśmy swoje plany (urodzinowy szampan u znajomej został zminimalizowany do czasu niezbędnego do wypicia dwóch kieliszków), posprzątałyśmy mieszkanie (wraz z pozamiataniem zwierzęcych kłaków z podłogi, co graniczy właściwie z cudem). I co? I dupa. Dwie Francuzeczki dwadzieścia minut przed umówionym spotkaniem napisały, że nie dojadą, bo spotkały „some people” i są dość daleko od nas i w takim razie poszukają „another place”. No ja nie wiem, ale czas chyba stać się zupełnie złym człowiekiem, który ma wszystko gdzieś i interesuje się tylko swoim własnym losem. Wrr.

A poza tym upały straszne. Dziś to było na pewno pod czterdziestkę, bo nawet idąc ulicą po 22.00 nie miałam czym oddychać. Parchaty Pies Motas leży i zipie, faceci na ulicach łażą z koszulkami podciągniętymi pod samą szyję demonstrując przy tym swe dorodne brzuchy (do tego poklepują je cali z siebie zadowoleni). Ja staram się nie pokazywać na słońcu, gdy nie muszę, najchłodniej to jest teraz chyba na plaży, tam przynajmniej wieje jakiś wiatr od morza.

Jestem wciąż Balukiem Bezrobotnym, ale trochę na własne życzenie. Grzecznie odmówiłam pani z McDonalda i nie poszłam na entrevistę, trzeba się jednak kurna trochę cenić. W przyszłym tygodniu idę za to na kolejną rozmowę do firmy, o której już pisałam ostatnio (że do niej idę i że się okaże, czy coś wiem, czy nie wiem nic). Otóż okazało się, że jednak coś wiem i zapraszają raz jeszcze. To idę. Oby takich jak ja było jak najmniej. Kiedyś w pewnym badaniu udawałam przecież „młodą, zamożną i wykształconą”, więc może nie będzie tak źle. Poza tym ja naprawdę pierwszorzędnie kłamię.

A tak w ogóle, to z robotą jest tu całkiem kiepsko teraz, wszyscy wyjechali na wakacje i nikt sobie głowy nie zawraca zatrudnianiem kogokolwiek. Niby słusznie, bo w końcu wakacje, ale mi bezrobocie jednak nie służy. W ostateczności mogę być przecież uroczą kelnereczką, co nie? (tu należy mocno zaprzeczyć)

Dom prawie urządzony, porozwieszałam obrazki (uwielbiam rozwieszać obrazki!), poutykałam na galerii niepotrzebne rzeczy, naprawiłam rower, znalazłam na śmietniku zieloną, drewnianą miskę, która stała się miską owocowo-warzywną, aktualnie truję też mrówki kuchenne oraz rozwieszam na ścianach papierowe koty. Mówię Wam, mnóstwo mam roboty! W wolnych chwilach oglądam Przystanek Alaska, żeby sobie przypomnieć, że gdzieś na świecie bywa zimno, trzeba nosić kurtki i czapki i robi się ciemno o 15.00. Wszystko, co po polsku już przeczytane (no dobra, zostały jeszcze Wichrowe Wzgórza...). Kiedyś bym powiedziała, że każdy kto chce mnie odwiedzić powinien przynieść ze sobą coś dobrego do jedzenia; dziś mówię: „Chcesz wpaść? Nie ma problemu! Tylko przywieź ze sobą jakąś książkę po polsku…”

Pozdrawiam i idę się utopić w lodowatej wodzie.

21:43, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »