RSS
sobota, 25 września 2010
Wykładzina oraz inne przyjemności

Wicie gniazda nadal trwa. Wczoraj z Błaszczem położyliśmy w pokoju wykładzinę i trochę poprzestawialiśmy mebelki, by zadziałał pęk szuj (w wolnym tłumaczeniu feng szui). Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy, spałam całe dziewięć godzin, ale może to też mieć jakiś związek z tym, że byłam zmęczona, wcześnie się położyłam i późno wstałam. Ale nie musi.

Wykładzina jest cudownie pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu kolorystycznego, ale za to nie ma żadnej plamy (nie licząc oczywiście tej od piwa, którą zrobiłam podczas przymocowywania listew; wniosek: nie można pić i remontować jednocześnie, choć z takim podejściem pracę starciłoby większość brygad z majstrem na czele, z jakimi miałam do czynienia).

Jest zatem przytulnie i nie chce się wychodzić, toteż siedzę w domu i zajmuję się drobnymi przyjemnościami.

Z nowości to jeszcze tyle, że byłam we Wrocławiu i absolutnie zauroczyło mnie to miasto, gdzie się chodzi i szuka poukrywanych krasnali, gdzie dają kawę w ogromnych kubkach, gdzie się leży przy fontannie i się człowiek czuje jak, nie przymierzając, w jakimś europejskim kraju, gdzie można wleźć na mały balkon i przytulić się do ściany obrośniętej kolorowymi liśćmi i gdzie słońca jest więcej oraz ludzie milsi. Oraz tańczy się we Wrocławiu do trzeciej nad ranem, czego nie robi się znowu tak bardzo często. Gdyby nie to, że tak polubiłam swoje mieszkanie, bym się przeprowadziła.

Poza tym dzisiaj było lato i tak też się zachowywałam jeżdżąc po lesie na rowerze. Myśli szybowały w przestworzach i było lekko. Nadal jest.

Idę sobie poprawić fryzurę, bo ostatnio jak cięłam byłam trochę zmęczona i mi krzywo wyszło. A jutro niedziela.

 

20:08, b.a.l.u.k
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 13 września 2010
Smutna muzyka jest najweselsza

Otóż ja się najlepiej czuję w smutku. Serio. nawet nie wiecie, jak mi się dobrze robi, gdy sobie posłucham jakiejś smętnej muzyki! Od razu mi lepiej. I uśmiechać się zaczynam i podryguję i się zamyślam nad sensem istnienia dochodząc do jakże pozytywnych wniosków, że życie jest piękne i że jest najlepiej, jak być może właśnie teraz. Bo potem może już nie być nic. Smutna muzyka mnie w pewien sposób oczyszcza, robię się przejrzystsza na umyśle. Serio tak myślę i wcale się nie zgrywam. A byłam dopiero jeden raz na wykładzie w ośrodku buddyjskim, co mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że buddystką nigdy nie będę. Ale posłuchać można, nie?

Co ciekawe, mimo że jestem lesbijką (ach, jakaż deklaracja!) jakoś bardziej do mnie przemawiają smutni panowie z gitarami aniżeli smutne panie. No po prostu wymiękam. Cholernie im wierzę, kiedy tak smutno zawodzą, doszczętnie im wierzę i się z nimi zgadzam zwykle bardzo.

Głównie śpiewają oczywiście o miłości, bo o to przecież chodzi w życiu, a przynajmniej mi się tak wydaje. Wybaczcie, obecnie niewiele mam z nią wspólnego, ale wcale mnie to nie martwi, bo, jak wiecie (albo nie wiecie), kocham siebie i to chwilowo wystarcza. A poza tym kocham moją mamę, siostrę i trzech braci (kto by pomyślał) oraz kilku innych ludzi na ziemi (ale papieża nie). I kota też kocham.

Powiedziałam ostatnio kilku osobom, że czuję się szczęśliwa i wiecie, że jak się powie głośno taką rzecz, to ona nabiera jakichś takich realnych kształtów? Bo to właściwie głupio być tak zadowoloną z życia i nie mieć ku temu jakichś wyraźnych powodów czy Wielkich Pozytywnych Zmian. Bardziej cool jest cierpieć, mieć problemy, umartwiać się i pogrążać się w nihilistycznej dekadencji. A gówno prawda. Bycie szczęśliwym jest o wiele bardziej cool. To mówię ja i puszczam Wam niezwykle pozytywną, oczywiście przesiąkniętą smutkiem, piosenkę:

Swoją drogą, ciekawe, kiedy mi przejdzie?

21:07, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »
niedziela, 05 września 2010
Bejca w mojej głowie

No dobra. Jest pewnego rodzaju przesadzoną przesadą fakt, iż dnia piątego września siedzę z kotem pod czerwonym kocem i jest nam dobrze razem z ciastkami i herbatą. I wcale nie chce nam się wyjść na zewnątrz i nie zrobimy tego, mimo że nie mamy jedzenia. Z jedzeniem przyjdzie Ana, więc sobie na nią spokojnie poczekamy.

Ale nie chciałam o pogodzie przecież.

Chciałam napisać, że wczorajszego dnia sobotniego przedawkowałam środek chemiczny, oj tak. Kilka dni temu, w ramach moszczenia się i osiadania w jednym miejscu (na jakiś czas przynajmniej) wybrałam się do dużego sklepu z meblami na przedmieściach i zakupiłam surowy regał, który najpierw to dzielnie skręciłam zahaczając o noc (tak, mam pewien problem z rozumieniem, co autor instrukcji miał na myśli), a następnie pomalowałam tzw. bejcą na bardzo ładny kolor brązowy. Uważny czytelnik i uważna czytelniczka, mając na uwadze mój poprzedni wpis, może wywnioskować, że za bardzo nie dochodził do mnie zapach brązowej bejcy, a malowałam długo, długo, bo lubię jak coś jest dokładnie, jeśli może takim być. W swym geniuszu baluczym nie pootwierałam okien w mieszkaniu, bo mi było zimno, a regał malowałam ochoczo w pokoju, w którym śpię. Następnie całkowicie usatysfakcjonowana, zostawiwszy wszystko do wyschnięcia, udałam się na proszoną herbatę oraz ciasto.

O godzinie 23.04 dostałam następującego sms-a od Heleny:

"Baluk (użyła mojego prawdziwego imienia, ale jako że za nim nie przepadam, pozostanę przy imieniu, które bardziej lubię), wyniosłam Twój regał do kuchni do otwartego okna, bo bałam się o Maczę, żeby się nie zatruła oparami. Uprzedzam, jak byś na noc nie wróciła (ostatnie zdanie jest niepotrzebne, ale zamieszczam je, żebyście wiedzieli, że czasem na noc nie wracam i jakie to ja mam udane życie towarzyskie).

Sweet, prawda?

W tym miejscu należy dodać, iż cały ten dzień, w którym malowanie regału miało miejsce, miałam nadzwyczaj dobry humor i czułam się świetnie oraz kipiałam energią. Panie, które mnie na ciasto zaprosiły, gdy dowiedziały się o sms-ie zgodnie stwierdziły, że to na pewno przez przedawkowanie bejcy.

Konlkluzja jest natomiast taka, że mieszkając w mieszkaniu, w którym wszystko jest na gaz, bardzo ryzykuję życie, ponieważ jeśli gaz zacznie się ulatniać z jakiegoś urządzenia, ja pozostanę bez żadnych podejrzeń i co najwyżej stwierdzę, że senna się jakaś robię.

A dziś rano jeszcze wszystko śmierdziało (ponoć) bejcą i Helena wstawszy z ogromnym bólem głowy udała się na aeorobik, żeby przegnać narkotyczne wizje.

Natalia natomiast powiedziała, że na drugi raz przed jakimkolwiek remontem, nawet tym mini, mam się skonsultować z jakąkolwiek znajomą lesbą.

Cóż, wychodzi na to, że ja nią chyba nie jestem, skoro nie wpadam na to, że bejca to musi mieć jakiś, raczej mało korzystny dla organizmu, zapach.

P.S. Macza się nie zatruła. Spojrzała z pogardą, jak zwykle.

16:18, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
czwartek, 02 września 2010
Bezzmyślność

Tak sobie czytam na Wikipedii o zmysłach i nachodzą mnie różne refleksje, wszystkie rzecz jasna dotyczą mojej własnej osoby. A nachodzą, bo ze zmysłami to ja mam nieźle napieprzone.

Głównie to ja nie mam węchu, serio. Prawie nic nie czuję; ani miłego ani niemiłego. Jak by mi zakryć oczy i podtykać pod nos rzeczy, które mają nawet bardzo intensywny zapach, to przegrywam z kretesem z absolutnie każdym. Inaczej jest, jeśli oczy widzą. Jak biorę w rękę pomidora i go wącham, to jestem w stanie przywołać sobie wspomnienie jego zapachu z czasów, gdy coś jeszcze czułam. To jest bardzo dziwne wyobrażać sobie zapach, serio.

Podobnie jest ze smakiem, choć ten nie jest jeszcze aż tak stępiony. Jak nie widzę, to mogę się domyślać co jem głównie po konsystencji i temperaturze. Myślę, że udałoby mi się rozpoznać co główniejsze smaki, ale dać mi sos i zapytać, z czego został zrobiony, to jakaś paranoja. Ktoś mógłby mi zrobić kiedyś taki quiz spożywczy, sama jestem ciekawa, co by z tego wyszło.

Wzrok mam dobry w sensie spostrzegawczości, ale z ostrością jest już gorzej. Ja się generalnie dużo gapię na wszystko i różne rzeczy zauważam, ale mniej rzeczy widzę wyraźnie. Tłumacząc: widzę jak ktoś (pani zwykle) sobie ładnie poprawi włosy, zanurkuje w torebce, się uśmiechnie czy opierając o przystanek spojrzy zamyślono, ale już żeby zobaczyć jaki to numer tramwaju jedzie, to gorzej. Mrużę oczy i mrużę aż kurze łapy czują się dokarmione i dopiero jak tramwaj staje przede mną wiem, czy wsiadać, czy nie. Teraz jak śmigam na Palomie (coś często o niej mówię, ale to pewnie dlatego, że jest obecnie jedyną kobietą w moim życiu), to jest bardziej niebezpiecznie, bo znaki drogowe, światła czy odległość samochodu za mną są jednak bardziej istotne, a już na pewno bardziej znaczące w utrzymaniu się przy życiu.

Z dotykiem jest dobrze, powiedziałabym nawet, że bardzo. Lubię dotykać różne rzeczy i w ogóle używać rąk, też do różnych rzeczy. Coś ulepić, w czymś zanurzyć, przejechać dłonią, dotknąć opuszkiem. Ale żeby nie było tak pięknie właśnie mi się przypomniało, że kiedyś będąc młodą kelnerko-kucharko-bufetowo uciachałąm sobie wierzchołek opuszka serdecznego palca u prawej ręki, który wylądował w surówce. Do dziś mam bliznę i w tamtym miejscu czuję inaczej, nie mając również linii papilarnych. Ciekawe kto zjadł mój opuszek?

Słyszę wszystko, a nawet za dużo.

Wikipedia mówi jeszcze o nocycepcji, czyli odczuwaniu bólu. I proszę mi powiedzieć, czemu akurat to mam aż nad wyraz sprawne? Jestem słaba wobec bólu. Jak boli , to mocno.

Ze zmysłem temperatury różnie bywa. Czasem na przykład uważam, że woda w morzu jest kurewsko zimna, podczas gdy inni się w niej taplają z rozkoszą. Mogę też się smażyć na słońcu godzinami, podczas gdy inni już w skwarki zamienieni. A na co dzień mieszkam w ponoć cholernie zimnej kamienicy, po której chadzam w kusej piżamce i jest mi dobrze, a goście szmatami opatuleni. Myślę, że jestem osobnikiem magazynującym słońce i ciepło na chłodniejsze dni. Takie baterki mam w środku.

Choroba lokomocyjno-morska świadczy o obłędnym błędniku, który czasem płata figle. Jak mnie okręcić kilka razy to na pewno pójdę nie w tą stronę, co trzeba.

Priopriocepcję mam dobrą. Zawsze mi się odnóża ułożą jak trza, nieważne jak bardzo są pozawijane.

Jeśli za ludzką odmianę echolokacji uznać wyłapywanie les energii, to śmiem twierdzić, że tu wszystko działa bez zarzutu.

Linię boczną mam dobrą, ale tylko na rowerze. Ocieram się niemalże o lusterka samochodów przemierzając miejską dżunglę i starając się nie myśleć, ilu właścicieli aut przyprawiam o białą gorączkę, że im lakier zarysuję albo co.

Magnetorecepcja się w moim przypadku nazywa "azymut baluczy" i charakteryzuje się tym, że jeśli mam dojść do jakiegoś celu, to nawet jeśli nie mam mapy, prędzej czy później tam dotrę. Zwykle jest to wprawdzie bardziej później niż prędzej, ale klucząc można się natknąć na różne ciekawości.

Ach, jak pięknie nabredziłam. Teraz jeszcze poproszę o jakieś zaświadczenie o niepełnosprawności, żeby parkować tuż tuż przed Ikea.

23:46, b.a.l.u.k
Link Komentarze (22) »