RSS
sobota, 30 października 2010
Z punktu widzenia kierownicy

Dobrze jest na chwilę wyjechać, ale jeszcze lepiej jest wrócić. Zwłaszcza to wracanie było ciekawe. Przemierzając polskie drogi, mijając służby patrolowe spod znaku akcji "Znicz", wykonywałam za kierownicą wiele niebezpiecznych czynności, takich jak:

- palenie papierosa (kilku nawet)

- rozmawianie przez telefon

- pisanie sms-ów

- smarowanie sobie ust maścią na opryszczkę (piekielne gówno znowu mi wyskoczyło)

- czyszczenie okularów

- przeglądanie atlasu drogowego

- nieustanne zmienianie stacji radiowych w celu znalezienia czegokolwiek nadającego się do   słuchania (radio Brno dawało radę)

- wiązanie sobie buta

Powyższe wcale nie ma na celu pokazania, jaką to jestem brawurową kierowczynią i nieodpowiedzialną osobą, a li i jedynie wskazanie na korki, na które się natykałam jadąc.

Dostałam w życiu do tej pory tylko dwa mandaty (nie liczę tych za brak biletu czy palenie tam, gdzie nie można). Oba za tzw. granicą i oba za przekroczenie prędkości, a nie dłubanie w nosie za kierownicą. Pierwszy to nawet nie był mandat tylko łapówka dana bośniackiemu policjantowi z drogówki na tym ich malutkim kawałku z dostępem do morza, gdzie rozpędzeni turyści suną w swoich suvach nawet nie zauważając, że właśnie przejeżdżają przez inny kraj niż Chorwacja. Ja pędziłam, bo było z górki. Obrazek poglądowy, dla tych, którzy nie mają jasności:

mapka bośnia

Ale porzućmy te odgrzewane kotlety na rzecz surowych.

A współczesne kotlety do wczorajszy powrót z prawie gór, gdzie było pięknie i gdzie niechybnie bym zamieszkała, gdyby nie to, że jestem lesbą. Nie jestem miastowa, nie potrzebuję miejskiego tempa życia, a argument, że tu przecież tyle się dzieje, że są teatry, kina, galerie zbijam prostym pytaniem, kiedy ostatnio byłaś/byłeś na jakimś spektaktu/wystawie/filmie innym niż multipleksowy? Do kina chodzę często, do teatru prawie wcale (właściwie czemu?), czasem na koncert, dziś na wystawę. Wyjdę z domu, przejdę się i będę. Nie będzie to wymagało ode mnie szczególnego wysiłku. W związku z tym też, nie będzie to dla mnie żadne szczególne wydarzenie, ot, kolejne działanie. Wyobraźcie sobie, że mieszkam choćby kilkadziesiąt kilometrów od jakiegoś dużego miasta i nagle nachodzi mnie ochota na filharmonię. Łączę się radiowo z kiepściutkim internetem, długo przeglądam repertuar (strony ładują się i ładują), potem ładnie się ubieram, zeskrobuję śnieg z szyb samochodu, wsiadam i brnę. To jest dopiero wydarzenie!

Tam, gdzie byłam, dzieje się życie, dzieje się przyroda i dzieją się ludzie. Jest wolniej, ładniej, ciszej, bliżej, prościej.

Cholernie łatwo jest zapomnieć o tym, że duże miasta nie są pępkami świata.

12:40, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
niedziela, 10 października 2010
Religijnie?

Ostatnio mam wrażenie, że wszyscy wokół albo są buddystami albo chcą nimi zostać albo choć o tym myślą. Zastanawiające. Czy ja wcześniej nie spotykałam takich ludzi czy po prostu teraz jest ich więcej? Może buddyści, jak grzyby, wyrastają po deszczu? W tym przypadku mogłoby chodzić o deszcz oświecenia, jako że w ostatnich dwóch (a idzie trzeci) kwartałach mnie oświecało wielokrotnie. Może każde moje prywatne mikrooświecenie to nowy buddysta na horyzoncie? Nie powiem, że bycie buddystą stało się ostatnio modne (bo to jest tak samo głupie, jak powiedzenie, że modnie jest być homoseksualistą), ale powiem, że bycie buddystą nie jest niemodne. Bo buddyści są fajni. Otwarci tacy. Dobrzy. Dzielić się potrafią. Nie są pamiętliwi. Ze spokojem przyjmują to, co im los przynosi wychodząc z założenia, że tak miało być. Nie rozmapiętują rzeczy przykrych twierdząc, że wszystko jest tymczasowe. Cieszą się życiem, cieszą się ciałem. Udoskonalają się. I to wszystko dla dobra wszystkich istot. Wspaniale.

Buddystką nie będę najprawdopodobniej nigdy ponieważ:

- nie lubię skupisk ludzkich (nawet jeśli te skupiska siedzą sobie po turecku na wygodnych pufach i medytują)

- nie mam szacunku dla autorytetów (zawsze w kącikach ust majaczy mi ironiczny uśmiech, gdy słyszę o Lamie)

- wpadanie w patos wymieniam na mądrość ludu i proste słowa

Poza tym dla mnie to stwarzanie sobie kolejnej enklawy. Miejsca, gdzie gromadzą się ludzie podobni do mnie, gdzie czuję się bezpiecznie, gdzie wszyscy się ze mną zgadzają, myślą jak ja, czują jak ja, gdzie panują jednak trochę inne zasady niż na zewnątrz. Bo mam nieodparte wrażenie, że buddyści sami uważają, iż bycie buddystą jest fajniejsze niż nie bycie nim. A to jest zupełnie błędne założenie, które na starcie powoduje mój bunt. Bo niczym nie różni się od jakiejkolwiek innej grupy nacisku dzielącej świat na "my" i "oni".

Niedalej jak wczoraj słyszałam relację z marszu ateistów, który przeszedł ulicami jakiegoś miasta. I pięknie, że maszerowali, pewnie też bym się przeszła, gdyby w Poznaniu ktoś go zorganizował. Tylko po co im te głupie hasła wypisane na transparentach? Nie przytoczę dosłownie, ale było coś właśnie o tym, że ktoś jest lepszy od kogoś drugiego. A to gówno prawda.

Kiedyś byłam katoliczką, choć biorąc pod uwagę mój wiek wtedy, rzec by należało katoliczczanką. Pamiętam, że naprawdę czułam te wszystkie rzeczy, że ważne były dla mnie rytuały, że czułam respekt, pokorę, że wierzyłam w przemienienie, pierwszą gwiazdkę, zachodzenie w ciążę bez stosunku oraz ożywanie dnia następnego. Bo niby czemu nie? Ale mi przeszło. Przeszło, gdy zaczęłam myśleć.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy jestem osobą wierzącą. Odpowiedziałam, że nie. Kłamałam. Wierzę w mnóstwo rzeczy, ale nie w boga. Bo boga nie ma.

Ty też jesteś bogiem, wyobraź to sobie.

16:51, b.a.l.u.k
Link Komentarze (13) »