RSS
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Listopad w grudniu będącym styczniem

Podczas krótkiej, gwałtownej burzy Mimbla cała się naelektryzowała. Iskry sypały się z jej włosów, każda najmniejsza odrobina puszku na rękach i nogach nastroszyła się i drżała.

- Jestem teraz naładowana drapieżnością - myślała. - Mogłabym robić nie wiadomo co, ale nic nie robię. Jak to przyjemnie robić to, na co się ma ochotę.

Zwinęła się w kłębek na puchowej kołdrze, czując się jak mały, kulisty piorun, jak ognista kula.

Dolina Muminków w listopadzie, Tove Jansson

Czego i Wam i sobie życzę.

22:50, b.a.l.u.k
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Refleksy

Za chwilę będę mieć 28 lat. Nie mam domu (ba, choćby mieszkania), męża (ba, nawet dziewczyny), samochodu (jest rower!), sprecyzowanych planów na przyszłość. Nie mam też kredytu na sto lat i większych zobowiązań. Mam w miarę stałą pracę, kota, kilku przyjaciół, czasem kochankę, satysfakcjonujące życie towarzyskie. Jasne, że chciałabym mieć więcej. Oczywiście, że nie wzgardziłabym małą Suzuki Vitarą, lanserską Vespą, loftem czy łikendem w Paryżu. No przecież, że częste jadanie w restauracjach nie kłóciłoby się z moim usposobieniem. Oczywistością jest, że super byłoby mieć ambicję pięcia się po szczebelkach w górę i w górę.

A wiecie, że można też inaczej?

Ponoć nie wyglądam i nie zachowuję się adekwatnie do swojego wieku. Ponoć sprawiam wrażenie osoby młodszej. Niektórzy twierdzą, że jestem infantylna, ktoś inny mówi, że dzieciak ze mnie. Pani w sklepie daje mi 22 lata, siostra oznajmia, że coś młodo wyglądam. Poważne Rozmowy o Dorosłym Życiu zwykle mnie nudzą. Nie chce mi się zachowywać odpowiednio do mojego wieku, bo nawet nie wiem, co to oznacza.

Nie jestem żadnym pieprzonym Piotrusiem Panem czy inną Alicją w Krainie Czarów. Wiem o tym, że świat jest zły, że dobrze jest związać się z kimś na stałe, że w pewnym momencie trzeba się ZASTANOWIĆ nad tym, co dalej, w którą stronę, jak, którędy, po co i z kim. Doskonale zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. To, że nie narzekam, że nie marudzę, nie biadolę nie znaczy, że nie jest mi czasem chujowo. To, że często robię tak, żeby było śmiesznie i niepoważnie nie znaczy wcale, że nie zdaję sobie sprawy z POWAGI sytuacji.

Być może dochodzę jednak do momentu, w którym konwencja mojego życia zaczyna mi przeszkadzać. Nie wiem tego na pewno, bo nie jest to jeszcze przeczucie graniczące z pewnością.

Wiem natomiast, że nie wiem, czy noworoczne postanowienie bycia dorosłą jest właśnie tym, które chcę by się zrealizowało.

03:11, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Don't know how

Nie umiem robić brzuszków tak, żeby było regularnie i z rana albo z wieczora, albo chociaż raz na tydzień o jakiejkolwiek porze. Myślę sobie: "a, porobię se brzuszki, to przecież łatwe, a efekty szybkie i zacne i będę se mogła potem foty strzelać na różnych profilach tu i tam i będę miała milion randek w tygodniu przez ten brzuch". I co? I robiłam te brzuszki ze trzy razy może, gdzieś w okolicach siódmej rano, bo mi powiedziano, że rano to lepiej jest je robić, kocyk rozkładałam na ziemi i jeszcze w piżamie i we śnie je robiłam. Ale mi się znudziło, bo to jest nudne, sami przyznacie, a dalekosiężność nie jest moją mocną stroną.

Nie umiem łykać regularnie tabletek. Magnezowych, żelazowych, witaminowych ogólnie, wapniowych, żadnych. I gdybym musiała łykać jakąś antykoncepcję już by bierzyły baranki przede mną i za mną. Nie przeszkadza mi to jednak często je kupować i mieć i trzymać w koszyczku albo w kuchni na stole na widoku, żeby tym widokiem przypominały mi o regularności. Regularnie zapominam, tabsy wtapiają mi się w przestrzeń i przestaję je widzieć, nie ma ich, znikają. Przypomina mi się o nich zawsze wtedy, kiedy zachorowuję i myślę sobie, że nie mam żadnych innych, to wtedy łykam te co mam, bo bardzo lubię placebo i na mnie działa wciąż.

Nie umiem się wysypiać i to nie tylko przez sprężyny łóżkowe, które ostatnio sabotują wrzynając mi się w żebra i inne kości. Nie umiem dobrze policzyć, że jeśli położę się o trzeciej to do siódmej się nie zdążę wyspać, choćbym zaciskała powieki najmocniej na świecie. Nie umiem nie rezygnować ze snu na rzecz innych rzeczy. Nie umiem rezygnować z czegoć, co chcę.

Nie umiem jeść trzech posiłków dziennie. Nigdy mnie nie ma w pobliżu jedzenia w godzinach na to wyznaczonych. Jedzenie samo nie przychodzi, nie puka do lodówki pytając, czy może sobie posiedzieć na zimnych grzędach. Jedzenie nie umie mówić, chyba że jeszcze żyje, ale tego staram się nie tykać. Nie mogę nikogo poderwać na pełną lodówkę, choć na danie dnia to i może. Zapatruję się zawsze w pełne lodówki innych ludzi, tyle tam mają różnych rzeczy i takie przemyślane ułożenie produktów i takie przewidywanie głodu, takie zapasy ładne. Że może i dziś nie mam ochoty na tego łososia, na ser, na parówkę i salami, ale kto wie, kto wie, może jutro wstanę i stwierdzę: "o, jaki ładny twarożek! dobrze, że tu jest to sobie go zjem!". Uważam, że to jest bardzo piękne, taka lodówka niepusta.

Nie umiem nie mówić o sobie. To straszne. Żartowałam.

 

13:51, b.a.l.u.k
Link Komentarze (11) »
sobota, 27 listopada 2010
Chwila trwogi

Coś ostatnio napomknęłam o inteligencji, nieprawdaż? O boska naiwności!

Po wysprzątaniu całego mieszkania z okazji soboty (tak, jestem bardzo konwencjonalna i sprzątam tylko w ten dzień tygodnia) postanowiłam zasiąść sobie do komputera (uściślając: do Internetu). Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Wzięłam sobie moje czarne cudo na kolana, otworzyłam klapkę, strzepnęłam okruszki z klawiatury, włączyłam stosowny przycisk i co? I gówno. Połączenie sieci bezprzewodowej: nie połączono. WLAN disabled. Pobieranie adresu sieciowego. Czyli wszystkie moje ulubione napisy. Oczywiście, że poczułam się jak narkoman, który odkrywa, że nie ma swojej działki na wieczór; jak alkoholik, któremu wylano resztkę wódki do zlewu; jak nimfomanka, której zaplanowana na noc kochanka odmówiła w ostatniej chwili spotkanie; jak (nazwijmy to po imieniu) Osoba Uzależniona Od Internetu, której padła sieć. Poczułam się źle. Pewnie powinno mi to dać do myślenia, być może należało wziąć grzecznie z półki książkę i sobie ją poczytać, zrobić napisy do filmu, które same się nie zrobią, skończyć papierki pracowe, poćwiczyć ciało fizycznie, obejrzeć film, którego wczoraj obejrzeć się nie udało, no cokolwiek pożytecznego zrobić.

Ale nie, gdzieżby tam. Co robi Baluk? Włazi w kreatora sieci bezprzewodowej, grzebie w ustawieniach, włącza/wyłącza w amoku zaporę systemu Wu, sprawdza, czy karta sieciowa aby na pewno działa, wkurza się, miota, resetuje modem trzy razy, komputer cztery, do znudzenia odświeża listę dostępnych sieci, generalnie: walczy. Przy tym wszystkim ma pewność, że Internet POWINIEN być (co na początku nie było takie oczywiste, bo do głowy wpadła myśl pełna nadziei, że może przez te tony śniegu, które spadły, są jakieś zakłócenia w eterze), bo Ana, krzątająca się po domu, go posiadała. Już miałam wizję kompletnie starconej reszty dnia, już myślałam, że trzeba będzie wymieniać kartę sieciową, już byłam Kobietą Prawie Na Skraju Załamania Nerwowego, gdy nagle mój wzrok, pochmurny a groźny, padł na magiczny przycisk z ikonką takiej antenki, na pewno ją znacie, taka mała antenka, która powinna się świecić, żeby wszystkie fejsbuki, jutuby i wszelakie inne strony chodziły poprawnie. I cóż zauważył ten mój przespostrzegawczy wzrok? Że ta antenka, która powinna być niebieska, NIE JEST niebieska. A dlaczego nie jest niebieska? Bo przycisk jest WYŁĄCZONY? Więc krzyczę:

- Kurwa, ale jestem głupia!

- Co się stało? – pyta lekko zaniepokojona Ana z otchłani swojego pokoju.

- Przycisk do sieci bezprzewodowej był wyłączony! – krzyczę jej na to.

A cóż odpowiada Ana? (tak, ta historia ma puentę, która właśnie następuje)

- Aaaa, bo to ja się tam u Ciebie bawiłam. Myślałam, że to regulacja dźwięku!

Ręce by mi niechybnie opadły, ale że akurat były nad klawiaturą, nie tracąc czasu pospiesznie wklepały adres bloxa i całą powyższość.

Dziękuję bardzo. Mersi buku.

23:28, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
niedziela, 14 listopada 2010
Garść mięsa

Mija rok, jak nie jem mięsa, czas na jakieś podsumowania, prawda?

W ciągu tego czasu zdarzyło mi się kilka wątpliwych moralnie sytuacji.

Razu pewnego De. Poczęstował mnie w pracy czipsami i ja, niewiele się zastanawiając, bo byłam cholernie głodna, chwyciłam wielką ich garść i z miejsca pożarłam, a potem jeszcze wyzbierałam okruszki i oblizałam dłoń. Dopiero po chwili mnie tknęło, żeby spojrzeć na opakowanie, na którym widniało, a jakże, „kebabowe” czy „kotletowe”, nie pamiętam. Mając jednak na uwadze dyskusję na fejsbuku o zerowej zawartości kury w rosołowej zupce chińskiej, nie przejęłam się specjalnie całym zajściem.

Innego, wcześniejszego razu zjadłam bekonowego czipsa i zrobiłam to już w pełni świadomie, żeby poczuć to balansowanie na granicy. Nie poczułam.

Ostatnio również, będąc na pewnym szkoleniu, na którym to w ramach cateringu przywieźli pizzę, mój język spotkał się z niejaką szynką gotowaną. Pizza miała być wegetariańska, w związku z tym przywieźli taką czteroserową (bardzo oryginalnie). Zasiadłam więc z innymi, by i ją wściekle pożreć, chwyciłam pierwszy kawałek i po pierwszym kęsie poczułam, że powłoka serowa skrywa pod sobą okołomięsne (to była naprawdę beznadziejna szynka) tajemnice. Niewiele się namyślając, a właściwie wcale się nie namyślając, wyplułam zawartość kęsa wprost pod nogi osoby siedzącej najbliżej. Do dziś mnie zastanawia, czemu nie wyplułam tego zgrabnie w chusteczkę bądź w dłoń swoją. Zastanawiające. Ale dobre obyczaje to nie jest to, na czym się znam najbardziej.

Nie łudzę się. Pewnie mięsnopodobne produkty były mi przez ten czas przemycane nie raz. Jednak tylko o powyższych mi wiadomo.

Jaki jest bilans zatem?

Wciąż mam anemię, nie sprawdzałam, ale Takie Rzeczy się czuje, prawda?

Siada mi prawe kolano, od jakiegoś czasu czuję, że je mam. Wprawdzie zjadłam opakowanie jakichś tabletek, które miały mi rzekomo pomóc, ale efekt jest mizerny. Poza tym regularnie podtrzymywałam złe samopoczucie mojego kolana jazdą na rowerze na stojąco, co ponoć bardzo nie służy.

Dobrze czuję się z myślą, że jednak staram się nie jeść żywych stworzeń i to jest akurat najważniejsze. Wprawdzie zeżarłam ostatnio talerz krewetek i tłuszcz ściekał mi między palcami, ale jest to tylko kwestią czasu, kiedy i je i im podobne pływająco-brodzące porzucę. I chęci gotowania, której mi ostatnio bardzo brak.

Poza tym przemówiła do mnie sztuka ulicy w postaci:

 

mural

Tak, chciałabym być inteligentna.

22:26, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
niedziela, 07 listopada 2010
Plastic bag

Dość nietypowy film drogi.

03:05, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »
sobota, 30 października 2010
Z punktu widzenia kierownicy

Dobrze jest na chwilę wyjechać, ale jeszcze lepiej jest wrócić. Zwłaszcza to wracanie było ciekawe. Przemierzając polskie drogi, mijając służby patrolowe spod znaku akcji "Znicz", wykonywałam za kierownicą wiele niebezpiecznych czynności, takich jak:

- palenie papierosa (kilku nawet)

- rozmawianie przez telefon

- pisanie sms-ów

- smarowanie sobie ust maścią na opryszczkę (piekielne gówno znowu mi wyskoczyło)

- czyszczenie okularów

- przeglądanie atlasu drogowego

- nieustanne zmienianie stacji radiowych w celu znalezienia czegokolwiek nadającego się do   słuchania (radio Brno dawało radę)

- wiązanie sobie buta

Powyższe wcale nie ma na celu pokazania, jaką to jestem brawurową kierowczynią i nieodpowiedzialną osobą, a li i jedynie wskazanie na korki, na które się natykałam jadąc.

Dostałam w życiu do tej pory tylko dwa mandaty (nie liczę tych za brak biletu czy palenie tam, gdzie nie można). Oba za tzw. granicą i oba za przekroczenie prędkości, a nie dłubanie w nosie za kierownicą. Pierwszy to nawet nie był mandat tylko łapówka dana bośniackiemu policjantowi z drogówki na tym ich malutkim kawałku z dostępem do morza, gdzie rozpędzeni turyści suną w swoich suvach nawet nie zauważając, że właśnie przejeżdżają przez inny kraj niż Chorwacja. Ja pędziłam, bo było z górki. Obrazek poglądowy, dla tych, którzy nie mają jasności:

mapka bośnia

Ale porzućmy te odgrzewane kotlety na rzecz surowych.

A współczesne kotlety do wczorajszy powrót z prawie gór, gdzie było pięknie i gdzie niechybnie bym zamieszkała, gdyby nie to, że jestem lesbą. Nie jestem miastowa, nie potrzebuję miejskiego tempa życia, a argument, że tu przecież tyle się dzieje, że są teatry, kina, galerie zbijam prostym pytaniem, kiedy ostatnio byłaś/byłeś na jakimś spektaktu/wystawie/filmie innym niż multipleksowy? Do kina chodzę często, do teatru prawie wcale (właściwie czemu?), czasem na koncert, dziś na wystawę. Wyjdę z domu, przejdę się i będę. Nie będzie to wymagało ode mnie szczególnego wysiłku. W związku z tym też, nie będzie to dla mnie żadne szczególne wydarzenie, ot, kolejne działanie. Wyobraźcie sobie, że mieszkam choćby kilkadziesiąt kilometrów od jakiegoś dużego miasta i nagle nachodzi mnie ochota na filharmonię. Łączę się radiowo z kiepściutkim internetem, długo przeglądam repertuar (strony ładują się i ładują), potem ładnie się ubieram, zeskrobuję śnieg z szyb samochodu, wsiadam i brnę. To jest dopiero wydarzenie!

Tam, gdzie byłam, dzieje się życie, dzieje się przyroda i dzieją się ludzie. Jest wolniej, ładniej, ciszej, bliżej, prościej.

Cholernie łatwo jest zapomnieć o tym, że duże miasta nie są pępkami świata.

12:40, b.a.l.u.k
Link Komentarze (14) »
niedziela, 10 października 2010
Religijnie?

Ostatnio mam wrażenie, że wszyscy wokół albo są buddystami albo chcą nimi zostać albo choć o tym myślą. Zastanawiające. Czy ja wcześniej nie spotykałam takich ludzi czy po prostu teraz jest ich więcej? Może buddyści, jak grzyby, wyrastają po deszczu? W tym przypadku mogłoby chodzić o deszcz oświecenia, jako że w ostatnich dwóch (a idzie trzeci) kwartałach mnie oświecało wielokrotnie. Może każde moje prywatne mikrooświecenie to nowy buddysta na horyzoncie? Nie powiem, że bycie buddystą stało się ostatnio modne (bo to jest tak samo głupie, jak powiedzenie, że modnie jest być homoseksualistą), ale powiem, że bycie buddystą nie jest niemodne. Bo buddyści są fajni. Otwarci tacy. Dobrzy. Dzielić się potrafią. Nie są pamiętliwi. Ze spokojem przyjmują to, co im los przynosi wychodząc z założenia, że tak miało być. Nie rozmapiętują rzeczy przykrych twierdząc, że wszystko jest tymczasowe. Cieszą się życiem, cieszą się ciałem. Udoskonalają się. I to wszystko dla dobra wszystkich istot. Wspaniale.

Buddystką nie będę najprawdopodobniej nigdy ponieważ:

- nie lubię skupisk ludzkich (nawet jeśli te skupiska siedzą sobie po turecku na wygodnych pufach i medytują)

- nie mam szacunku dla autorytetów (zawsze w kącikach ust majaczy mi ironiczny uśmiech, gdy słyszę o Lamie)

- wpadanie w patos wymieniam na mądrość ludu i proste słowa

Poza tym dla mnie to stwarzanie sobie kolejnej enklawy. Miejsca, gdzie gromadzą się ludzie podobni do mnie, gdzie czuję się bezpiecznie, gdzie wszyscy się ze mną zgadzają, myślą jak ja, czują jak ja, gdzie panują jednak trochę inne zasady niż na zewnątrz. Bo mam nieodparte wrażenie, że buddyści sami uważają, iż bycie buddystą jest fajniejsze niż nie bycie nim. A to jest zupełnie błędne założenie, które na starcie powoduje mój bunt. Bo niczym nie różni się od jakiejkolwiek innej grupy nacisku dzielącej świat na "my" i "oni".

Niedalej jak wczoraj słyszałam relację z marszu ateistów, który przeszedł ulicami jakiegoś miasta. I pięknie, że maszerowali, pewnie też bym się przeszła, gdyby w Poznaniu ktoś go zorganizował. Tylko po co im te głupie hasła wypisane na transparentach? Nie przytoczę dosłownie, ale było coś właśnie o tym, że ktoś jest lepszy od kogoś drugiego. A to gówno prawda.

Kiedyś byłam katoliczką, choć biorąc pod uwagę mój wiek wtedy, rzec by należało katoliczczanką. Pamiętam, że naprawdę czułam te wszystkie rzeczy, że ważne były dla mnie rytuały, że czułam respekt, pokorę, że wierzyłam w przemienienie, pierwszą gwiazdkę, zachodzenie w ciążę bez stosunku oraz ożywanie dnia następnego. Bo niby czemu nie? Ale mi przeszło. Przeszło, gdy zaczęłam myśleć.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy jestem osobą wierzącą. Odpowiedziałam, że nie. Kłamałam. Wierzę w mnóstwo rzeczy, ale nie w boga. Bo boga nie ma.

Ty też jesteś bogiem, wyobraź to sobie.

16:51, b.a.l.u.k
Link Komentarze (13) »
sobota, 25 września 2010
Wykładzina oraz inne przyjemności

Wicie gniazda nadal trwa. Wczoraj z Błaszczem położyliśmy w pokoju wykładzinę i trochę poprzestawialiśmy mebelki, by zadziałał pęk szuj (w wolnym tłumaczeniu feng szui). Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy, spałam całe dziewięć godzin, ale może to też mieć jakiś związek z tym, że byłam zmęczona, wcześnie się położyłam i późno wstałam. Ale nie musi.

Wykładzina jest cudownie pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu kolorystycznego, ale za to nie ma żadnej plamy (nie licząc oczywiście tej od piwa, którą zrobiłam podczas przymocowywania listew; wniosek: nie można pić i remontować jednocześnie, choć z takim podejściem pracę starciłoby większość brygad z majstrem na czele, z jakimi miałam do czynienia).

Jest zatem przytulnie i nie chce się wychodzić, toteż siedzę w domu i zajmuję się drobnymi przyjemnościami.

Z nowości to jeszcze tyle, że byłam we Wrocławiu i absolutnie zauroczyło mnie to miasto, gdzie się chodzi i szuka poukrywanych krasnali, gdzie dają kawę w ogromnych kubkach, gdzie się leży przy fontannie i się człowiek czuje jak, nie przymierzając, w jakimś europejskim kraju, gdzie można wleźć na mały balkon i przytulić się do ściany obrośniętej kolorowymi liśćmi i gdzie słońca jest więcej oraz ludzie milsi. Oraz tańczy się we Wrocławiu do trzeciej nad ranem, czego nie robi się znowu tak bardzo często. Gdyby nie to, że tak polubiłam swoje mieszkanie, bym się przeprowadziła.

Poza tym dzisiaj było lato i tak też się zachowywałam jeżdżąc po lesie na rowerze. Myśli szybowały w przestworzach i było lekko. Nadal jest.

Idę sobie poprawić fryzurę, bo ostatnio jak cięłam byłam trochę zmęczona i mi krzywo wyszło. A jutro niedziela.

 

20:08, b.a.l.u.k
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 13 września 2010
Smutna muzyka jest najweselsza

Otóż ja się najlepiej czuję w smutku. Serio. nawet nie wiecie, jak mi się dobrze robi, gdy sobie posłucham jakiejś smętnej muzyki! Od razu mi lepiej. I uśmiechać się zaczynam i podryguję i się zamyślam nad sensem istnienia dochodząc do jakże pozytywnych wniosków, że życie jest piękne i że jest najlepiej, jak być może właśnie teraz. Bo potem może już nie być nic. Smutna muzyka mnie w pewien sposób oczyszcza, robię się przejrzystsza na umyśle. Serio tak myślę i wcale się nie zgrywam. A byłam dopiero jeden raz na wykładzie w ośrodku buddyjskim, co mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że buddystką nigdy nie będę. Ale posłuchać można, nie?

Co ciekawe, mimo że jestem lesbijką (ach, jakaż deklaracja!) jakoś bardziej do mnie przemawiają smutni panowie z gitarami aniżeli smutne panie. No po prostu wymiękam. Cholernie im wierzę, kiedy tak smutno zawodzą, doszczętnie im wierzę i się z nimi zgadzam zwykle bardzo.

Głównie śpiewają oczywiście o miłości, bo o to przecież chodzi w życiu, a przynajmniej mi się tak wydaje. Wybaczcie, obecnie niewiele mam z nią wspólnego, ale wcale mnie to nie martwi, bo, jak wiecie (albo nie wiecie), kocham siebie i to chwilowo wystarcza. A poza tym kocham moją mamę, siostrę i trzech braci (kto by pomyślał) oraz kilku innych ludzi na ziemi (ale papieża nie). I kota też kocham.

Powiedziałam ostatnio kilku osobom, że czuję się szczęśliwa i wiecie, że jak się powie głośno taką rzecz, to ona nabiera jakichś takich realnych kształtów? Bo to właściwie głupio być tak zadowoloną z życia i nie mieć ku temu jakichś wyraźnych powodów czy Wielkich Pozytywnych Zmian. Bardziej cool jest cierpieć, mieć problemy, umartwiać się i pogrążać się w nihilistycznej dekadencji. A gówno prawda. Bycie szczęśliwym jest o wiele bardziej cool. To mówię ja i puszczam Wam niezwykle pozytywną, oczywiście przesiąkniętą smutkiem, piosenkę:

Swoją drogą, ciekawe, kiedy mi przejdzie?

21:07, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8