RSS
niedziela, 05 września 2010
Bejca w mojej głowie

No dobra. Jest pewnego rodzaju przesadzoną przesadą fakt, iż dnia piątego września siedzę z kotem pod czerwonym kocem i jest nam dobrze razem z ciastkami i herbatą. I wcale nie chce nam się wyjść na zewnątrz i nie zrobimy tego, mimo że nie mamy jedzenia. Z jedzeniem przyjdzie Ana, więc sobie na nią spokojnie poczekamy.

Ale nie chciałam o pogodzie przecież.

Chciałam napisać, że wczorajszego dnia sobotniego przedawkowałam środek chemiczny, oj tak. Kilka dni temu, w ramach moszczenia się i osiadania w jednym miejscu (na jakiś czas przynajmniej) wybrałam się do dużego sklepu z meblami na przedmieściach i zakupiłam surowy regał, który najpierw to dzielnie skręciłam zahaczając o noc (tak, mam pewien problem z rozumieniem, co autor instrukcji miał na myśli), a następnie pomalowałam tzw. bejcą na bardzo ładny kolor brązowy. Uważny czytelnik i uważna czytelniczka, mając na uwadze mój poprzedni wpis, może wywnioskować, że za bardzo nie dochodził do mnie zapach brązowej bejcy, a malowałam długo, długo, bo lubię jak coś jest dokładnie, jeśli może takim być. W swym geniuszu baluczym nie pootwierałam okien w mieszkaniu, bo mi było zimno, a regał malowałam ochoczo w pokoju, w którym śpię. Następnie całkowicie usatysfakcjonowana, zostawiwszy wszystko do wyschnięcia, udałam się na proszoną herbatę oraz ciasto.

O godzinie 23.04 dostałam następującego sms-a od Heleny:

"Baluk (użyła mojego prawdziwego imienia, ale jako że za nim nie przepadam, pozostanę przy imieniu, które bardziej lubię), wyniosłam Twój regał do kuchni do otwartego okna, bo bałam się o Maczę, żeby się nie zatruła oparami. Uprzedzam, jak byś na noc nie wróciła (ostatnie zdanie jest niepotrzebne, ale zamieszczam je, żebyście wiedzieli, że czasem na noc nie wracam i jakie to ja mam udane życie towarzyskie).

Sweet, prawda?

W tym miejscu należy dodać, iż cały ten dzień, w którym malowanie regału miało miejsce, miałam nadzwyczaj dobry humor i czułam się świetnie oraz kipiałam energią. Panie, które mnie na ciasto zaprosiły, gdy dowiedziały się o sms-ie zgodnie stwierdziły, że to na pewno przez przedawkowanie bejcy.

Konlkluzja jest natomiast taka, że mieszkając w mieszkaniu, w którym wszystko jest na gaz, bardzo ryzykuję życie, ponieważ jeśli gaz zacznie się ulatniać z jakiegoś urządzenia, ja pozostanę bez żadnych podejrzeń i co najwyżej stwierdzę, że senna się jakaś robię.

A dziś rano jeszcze wszystko śmierdziało (ponoć) bejcą i Helena wstawszy z ogromnym bólem głowy udała się na aeorobik, żeby przegnać narkotyczne wizje.

Natalia natomiast powiedziała, że na drugi raz przed jakimkolwiek remontem, nawet tym mini, mam się skonsultować z jakąkolwiek znajomą lesbą.

Cóż, wychodzi na to, że ja nią chyba nie jestem, skoro nie wpadam na to, że bejca to musi mieć jakiś, raczej mało korzystny dla organizmu, zapach.

P.S. Macza się nie zatruła. Spojrzała z pogardą, jak zwykle.

16:18, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
czwartek, 02 września 2010
Bezzmyślność

Tak sobie czytam na Wikipedii o zmysłach i nachodzą mnie różne refleksje, wszystkie rzecz jasna dotyczą mojej własnej osoby. A nachodzą, bo ze zmysłami to ja mam nieźle napieprzone.

Głównie to ja nie mam węchu, serio. Prawie nic nie czuję; ani miłego ani niemiłego. Jak by mi zakryć oczy i podtykać pod nos rzeczy, które mają nawet bardzo intensywny zapach, to przegrywam z kretesem z absolutnie każdym. Inaczej jest, jeśli oczy widzą. Jak biorę w rękę pomidora i go wącham, to jestem w stanie przywołać sobie wspomnienie jego zapachu z czasów, gdy coś jeszcze czułam. To jest bardzo dziwne wyobrażać sobie zapach, serio.

Podobnie jest ze smakiem, choć ten nie jest jeszcze aż tak stępiony. Jak nie widzę, to mogę się domyślać co jem głównie po konsystencji i temperaturze. Myślę, że udałoby mi się rozpoznać co główniejsze smaki, ale dać mi sos i zapytać, z czego został zrobiony, to jakaś paranoja. Ktoś mógłby mi zrobić kiedyś taki quiz spożywczy, sama jestem ciekawa, co by z tego wyszło.

Wzrok mam dobry w sensie spostrzegawczości, ale z ostrością jest już gorzej. Ja się generalnie dużo gapię na wszystko i różne rzeczy zauważam, ale mniej rzeczy widzę wyraźnie. Tłumacząc: widzę jak ktoś (pani zwykle) sobie ładnie poprawi włosy, zanurkuje w torebce, się uśmiechnie czy opierając o przystanek spojrzy zamyślono, ale już żeby zobaczyć jaki to numer tramwaju jedzie, to gorzej. Mrużę oczy i mrużę aż kurze łapy czują się dokarmione i dopiero jak tramwaj staje przede mną wiem, czy wsiadać, czy nie. Teraz jak śmigam na Palomie (coś często o niej mówię, ale to pewnie dlatego, że jest obecnie jedyną kobietą w moim życiu), to jest bardziej niebezpiecznie, bo znaki drogowe, światła czy odległość samochodu za mną są jednak bardziej istotne, a już na pewno bardziej znaczące w utrzymaniu się przy życiu.

Z dotykiem jest dobrze, powiedziałabym nawet, że bardzo. Lubię dotykać różne rzeczy i w ogóle używać rąk, też do różnych rzeczy. Coś ulepić, w czymś zanurzyć, przejechać dłonią, dotknąć opuszkiem. Ale żeby nie było tak pięknie właśnie mi się przypomniało, że kiedyś będąc młodą kelnerko-kucharko-bufetowo uciachałąm sobie wierzchołek opuszka serdecznego palca u prawej ręki, który wylądował w surówce. Do dziś mam bliznę i w tamtym miejscu czuję inaczej, nie mając również linii papilarnych. Ciekawe kto zjadł mój opuszek?

Słyszę wszystko, a nawet za dużo.

Wikipedia mówi jeszcze o nocycepcji, czyli odczuwaniu bólu. I proszę mi powiedzieć, czemu akurat to mam aż nad wyraz sprawne? Jestem słaba wobec bólu. Jak boli , to mocno.

Ze zmysłem temperatury różnie bywa. Czasem na przykład uważam, że woda w morzu jest kurewsko zimna, podczas gdy inni się w niej taplają z rozkoszą. Mogę też się smażyć na słońcu godzinami, podczas gdy inni już w skwarki zamienieni. A na co dzień mieszkam w ponoć cholernie zimnej kamienicy, po której chadzam w kusej piżamce i jest mi dobrze, a goście szmatami opatuleni. Myślę, że jestem osobnikiem magazynującym słońce i ciepło na chłodniejsze dni. Takie baterki mam w środku.

Choroba lokomocyjno-morska świadczy o obłędnym błędniku, który czasem płata figle. Jak mnie okręcić kilka razy to na pewno pójdę nie w tą stronę, co trzeba.

Priopriocepcję mam dobrą. Zawsze mi się odnóża ułożą jak trza, nieważne jak bardzo są pozawijane.

Jeśli za ludzką odmianę echolokacji uznać wyłapywanie les energii, to śmiem twierdzić, że tu wszystko działa bez zarzutu.

Linię boczną mam dobrą, ale tylko na rowerze. Ocieram się niemalże o lusterka samochodów przemierzając miejską dżunglę i starając się nie myśleć, ilu właścicieli aut przyprawiam o białą gorączkę, że im lakier zarysuję albo co.

Magnetorecepcja się w moim przypadku nazywa "azymut baluczy" i charakteryzuje się tym, że jeśli mam dojść do jakiegoś celu, to nawet jeśli nie mam mapy, prędzej czy później tam dotrę. Zwykle jest to wprawdzie bardziej później niż prędzej, ale klucząc można się natknąć na różne ciekawości.

Ach, jak pięknie nabredziłam. Teraz jeszcze poproszę o jakieś zaświadczenie o niepełnosprawności, żeby parkować tuż tuż przed Ikea.

23:46, b.a.l.u.k
Link Komentarze (22) »
wtorek, 31 sierpnia 2010
Smęty odmęty

I zimno. I jak jadę rano do pracy rowerem to myślę, czemu nie założyłam swojej specjalistycznej czapki w paski, rękawiczek oraz grubszego czegoś na szyję. I niby mogłabym wsiąść w tramwaj, ale o godzinie 07.33 jest on na tyle wypchany ludźmi, że mi się bardzo odechciewa i wsiadam na Palomę mimo konieczności łykania jakże świeżego, ożywczego, porannego powietrza, bo jakoś przez nos nigdy oddychać nie umiałam. Pewnie właśnie dlatego nie zostałam sławną biegaczką, bo żeby być sławną biegaczką trzeba wciągać nosem, a nie łykać. Bo jak łykasz, to kolka łapie, a przynajmniej tak twierdziła pani od wuefu, którą mąż bił w twarz, a ona mówiła, że to dziecko ją przez przypadek uderzyło zabawkowym, metalowym ciągnikiem. Bardzo ją lubiłam, ale to pewnie dlatego, że mam cholerną słabość do ludzi, którym dzieje się w życiu krzywda.

Moja kamienica powoli zaczyna trzeszczeć i szeleścić, nadchodzi czas, kiedy będzie wydawać więcej tajemniczych odgłosów, a zasypiając będę słyszeć tuż za oknem ocierający się o ścianę kabel lub folię niewiadomego pochodzenia. I będę myśleć o myszach w ścianach, drzwiach w podłodze i odgłosach, jakie robi ktoś, kto nie chce wydawać żadnych odgłosów.

I będę pić dużo herbaty i postaram się, żeby tym razem była ona bez cukru.

Być może jesień jest moją ulubioną porą, ale być może mówię tak przed każdą porą właśnie się zaczynającą, bo zwykle mam tak, że już na nią czekam, że poprzednia w jakiś sposób mi się znudziła i mam jej dość. Wprawdzie nie wiem czemu znudzić miało mi się lato, podczas którego zaledwie parę razy zamoczyłam tyłek w jakiejś wodzie oraz nie uświadczyłam specjalnej opalenizny, ale wcale mi go nie żal. Właściwie to chodzi o rozdziały i zaczynanie bądź kończenie czegoś, o naturalne przejścia. Najbardziej bym chciała, by moje działania były bardziej zespolone z porami roku, naprawdę podoba mi się wizja chodzenia spać o zmroku i wstawania z kurami, choć doprawdy nie wiem, jak miałabym to pogodzić z moim nocnym zasiedzeniem i ospałością o poranku. Kwestia przewartościowania pewnie.

I wcale nie jestem przepełniona melankoliją (jeszcze). W tym roku przyjdzie ona na spokojnie, przyjdzie razem z ludźmi, razem z rozmowami, wejdzie słowem bardziej niż uczuciem, nastrojem aniżeli smutkiem. Będzie bardziej spacerować niż siedzieć pod kołdrą, trochę wymarznie, by móc się ogrzać.

Szkoda tylko, że kasztany takie pozdychane.

Tak, uwielbiam być pretensjonalna :)

23:14, b.a.l.u.k
Link Komentarze (13) »
piątek, 25 czerwca 2010
Ja, Biurwa

Otóż pragnę sprostować pewne insynuacje jakoby jestem niezadowolona z mojej obecnej pracy zarobkowej i głośno wykrzyknąć: bardzo lubię być Biurwą! Bycie Biurwą jest kul!

Myślę jednak, że ma to wiele wspólnego z faktem, że jestem taką trochę inną biurwą, a spowodowane jest to tym, że biuro, w którym pracuję, jest dość niekonwencjonalne, bo go tak naprawdę nie ma.

Najpierw kilka tygodni biurwowałam przy dużym, drewnianym stole w salonie pewnego mieszkania w bardzo ładnej kamienicy w całkiem miłej łazarskiej dzielnicy (o, rym). To jest jakby pierwszy plus, nie? Wielkie okna, kotary zwisające, nie że klima i garnitura tylko przeciągi w razie potrzeb i łażenie po drewnie na boso. No i wielki, gruby kot przechadzający się po papierach.

Drugi plus jest taki, że pierwszy raz w życiu mam coś służbowego. W tym przypadku jest to komputer laptopowy, który noszę sobie po mieście majtając wypasioną torbą w kropki. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że Różowe Cudo od Kury już się trochę nie nadawało nawet do GGadania.

Idźmy dalej. W ramach Bycia Biurwą byłam ostatnio w Ciechocinku. Samochodem. Który prowadziłam. A dodać należy, że bardzo lubię prowadzić samochód zwłaszcza, jeśli można nim wyprzedzać traktory pełne obornika bez obaw, że się nie zdąży i włączyć klimatyzację też można. Bo klimatyzacja w biurze jest be, ale już w samochodzie nie. To chyba był trzeci plus. A w Ciechocinku jest tak, jak myślałam, że jest. Średnia wieku 50, ławeczki pełne tej średniej wieku, stragany z bajerami, hotele-motele-kwatery, stragany ze wszystkim i ogólnie panujące przeświadczenie, że oto zdrowiejemy i piękniejemy, a wszystko się nam samo wygładza, a jeśli nie samo to tylko z drobną pomocą masażysty i słonej wody mineralnej. Zdecydowanie muszę tam kiedyś pojechać na wakacje!

Ale wróćmy do bycia Biurwą. Biurwa siedzi teraz przy innym stole w mieszkaniu obok i nadal jest tak samo fajnie, a nawet lepiej, bo ma balkon, na który może sobie wychodzić i zapalić fajkę albo zasiąść na krześle ze służbowym wiadomo-czym na kolanach i się trochę poopalać. Największym paradoksem w życiu biurwy jest to, że nie ma biurka. Biurwa bardzo lubi ten paradoks.

Jednym z zadań Biurwy było również ostatnio podklejanie nóg mebli używanych, ale nie zużytych, takim filcem, żeby się podłoga nie rysowała. Biurwa czasem idzie na pocztę i wtedy może się przewietrzyć. Biurwa czyściła również wielki piec kaflowy w nie-biurze. Powyższe czynności zaliczam do kolejnego plusa i wrzucam w kategorię: aktywność ruchowa.

Biurwa przez tydzień nie chodziła wcale a wcale do pracy, tylko na kurs z indizajna, gdzie to dawała upust swoim graficznomańskim zamiłowaniom. Dostawała tam ciastka, picie oraz jedzenie. Za darmo.

Biurwa prowadzi również Poważne Rozmowy Telefoniczne oraz dyskutuje o Pieniądzach, Ofertach oraz Pismach i Szacuje w Tysiącach, a czasem nawet w Dziesiątkach Tysięcy, choć nie ma o tym wszystkim większego pojęcia, a największym nominałem jaki widuje jest banknot stuzłotowy, a to i tak bardzo krótko w okresie jednego miesiąca.

Najważniejszą rzeczą jest jednak to, że Biurwa może powiedzieć do swojej szefowej, że ta jest pojebana. Też tak macie?

17:02, b.a.l.u.k
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 maja 2010
Ciąg dalszy nastąpił

Kusił mnie długi (pewnie byłby też przynudnawy) wpis wybebeszający minione pięć miesięcy, ale oparłam mu się. Bo może i wiele się w moim życiu przez ten czas zmieniło, ale że pisanie tutaj nigdy nie było dla mnie żadną formą autoterapii, poprzestańmy na tym, co miłe, lekkie i przyjemne. Bebechy i tak dotarły do wszystkich zainteresowanych, reszta niech się cieszy, że wróciłam.

Zatem najpierw była podróż z kotem samolotem (Macza podbiła serca współpasażerów oraz pań stjułardes i miałknęła może ze dwa razy). Potem barłożenie pod kaloryferem u Natalii i jej żony przyodziane w niezastąpiony sweter w paski (zwany lemurem). Następnie w tempie dość ekspresowym (drugie oglądane mieszkanie) wynajęłam sobie kąt do życia. W tym kącie zaczęłam się urządzać (i do tej pory nie skończyłam) zauważając jednocześnie, że widok z okna mnie cholernie uspokaja. Krótko po tym zostałam Panią Telefonistką, którą to byłam przez czas jakiś, by tuż przed majówką srówką stwierdzić, że zdalne instalowanie oprogramowania na kolejne dekodery oraz ustalanie list kanałów ulubionych to nie jest to, co mnie na dłuższą (czy nawet krótszą) metę zajmuje. Równolegle więc zostałam Panią Świetliczanką w miejscu, gdzie trudne dzieci z równie trudnych rodzin zimują i pisząc te słowa mam świadomość, iż jutro odbędzie się tam moja ostatnia walka z wiatrakami (zwanymi również wszakami). A w poniedziałek niechybnie zostanę Panią z Biura.

Czyż to nie fascynujące, że można życie streścić w kilku zdaniach?

Oczywiście w międzyczasie wydarzyło się milion o wiele ciekawszych rzeczy, ale o tym może kiedy indziej.

01:46, b.a.l.u.k
Link Komentarze (7) »
piątek, 07 maja 2010
It's alive!

Bo ile można nie mieć internetu?

Witam ponownie.

02:12, b.a.l.u.k
Link Komentarze (9) »
wtorek, 22 grudnia 2009
Zawieszenie.

Może chwilowe a może nie.

what else?

16:17, b.a.l.u.k
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Migawka

Właściwie nie dzieje się nic, co by mogło mnie zainteresować na tyle, bym poczuła potrzebę opisania tego.  Nie pędzę, nie gonię, nieśpieszno mi. Szał przedświątecznych ciał omija mnie.

Mogłabym pobawić się trochę w pogodynkę, ale załączone zdjęcie mówi samo za siebie. Tak właśnie jest, w oczy słońce boli, słone fale biją o brzeg, piasek wchodzi w buty, a we włosach świszcze wiatr.

Jutro idę dostać kolejną pracę, bo to nie są przecież nieustające wakacje. Ani wielki błękit nawet. A już tym bardziej Baluk Cristina Barcelona.

Zamówcie mi, proszę, śniegu trochę na styczeń.

baluk na moru

Pozdrav.

19:09, b.a.l.u.k
Link Komentarze (9) »
czwartek, 26 listopada 2009
Kościotrupy

Ci, kogo to w ogóle obchodzi wiedzą już, że jestem na fejsbuku. Wie o tym również mama zdradzonejczarodziejki, której nagle przestała wystarczać nasza-klasa. Podczas zdalnego nawigowania jej ruchów za pomocą fejsbukowego czatu, rozmowa zeszła na kwestie urody, starzenia się oraz ludzkich charakterów. Mama zdradzonejczarodziejki stwierdziła, że nie wstawi sobie na fejsbuk zdjęcia, bo nie chce by jej koleżanki sprzed lat porównywały, która się jak zestarzała, a poza tym to ona wygląda korzystniej, bo nie jest stara, pomarszczona i chuda. I tutaj rozmowa, naturalną koleją rzeczy, musiala zejść na mnie. Mama zdradzonejczarodziejki stwierdziła, że mam dość głupią minę na zdjęciu profilowym, ale całość oddaje mój charakter. Zapytałam zatem, z niejakim przestrachem, jakiż to ja mam, według niej, charakter, zaczęłam też trochę przewidywać mój wygląd za kilkadzisiąt lat (co nie jest akurat specjalnie trudne), na co ono powiedziała coś, co zamierzam wydrukować jakąś ładną czcionką i powiesić na ścianie. Mianowicie stwierdziła, że:

"Kościotrupy ze zmarszczkami muszą przecież mieć jakiś charakter, inaczej nie byłyby kościotrupami ze zmarszczkami"

Wszystko byłoby piękne i zrozumiałe, gdyby nie to, że nadal nie dowiedziałam się, jaki ten charakter jest.

Baluk Płaczący Cebulą

 

16:10, b.a.l.u.k
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Bezrobocie vol 2

Trzeci tydzień nie żremy mięsa. Myślałam, że będzie trudniej, ale nie jest. Zaczęłam poszukiwania przepisowe i okazuje się, że jest tego całe mnóstwo. Przed nami kupienie porządnej patelni (bo takie z Ikea i ze śmietnika się nie liczą) oraz garnka (wiedzieliście, że sprzęty tego typu są cholernie drogie?) i możemy bawić się w Julię Child (ale krabów nie będę gotować żywcem ani kaczki odzierać ze skóry).

Miałyśmy dziś spacer po pewnym parku wysoko nad poziomem mora, w którym to działają stuletnie diabelskie młyny i inne karuzele, a wszystko to w towarzystwie magdalenek, kawy oraz dwudziestukilku stopni na termometrze. Upewniłam się przy okazji, że nigdy nie wsiądę w żadną kolejkę, która wiezie ludzi prawie pionowo w dół czy na rozkołysany dźwig wyrzucający małą kabinkę na wysokość kilkudziesięciu metrów. Od samego patrzenia chciało mi się rzygać.

Wyrzucili mnie z roboty. Peruwiańczyk odszedł w cholerę, przyszedł jakiś nowy pod-szef i powiedział Adios, Balúk. Chwilowo nie mam koncepcji na przyszłość, a przynajmniej na listopad i końcówkę roku.

Może by w końcu napisać magisterkę?

00:55, b.a.l.u.k
Link Komentarze (20) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8