RSS
piątek, 06 listopada 2009
Wegetariaństwo

No i zaczęło się. Na pierwszy ogień poszło mięso-mięso i mięso-wędliny. Ryby i owoce z mora zostają (tak, wiem, że panga i krewetka też odczuwają ból i z chęcią by sobie jeszcze popluskały w wodzie, ale wszak to nie ma być spożywcze samobójstwo). Już na samym początku okazało się, że wszyscy wokół jedzą głównie mięso. Zdradzonaczarodziejka pięć dni w tygodniu w przerwie obiadowej opuszcza fabrykę i zmierza w stronę baru, by tam w menu odnaleźć dwie, góra trzy potrawy bez mięsa. Dziś zamówiła na przykład paellę, która to zwykła być ryżem z owocami z mora, a okazała się być ryżem z kawałkami mięsa (wydziubawszy ryż zostawiła resztę na talerzu i pani kelnerka, z dezaprobatą godną podstawówkowej pani ze stołówki, odebrała od niej NIEDOJEDZONE danie). Tymczasem Baluk w swej fabryce kuszony jest sześć razy w tygodniu. Wcześniej wszystko ładnie zjadał i jeszcze prosił o dokładkę, więc gdy w zeszły czwartek w miejsce wielkiego, pieczonego udka kurzęcego wziął sadzone jajko, zdumienie Kucharki Bułgarki było ogromne. Dnia następnego sytuacja się powtórzyła (tym razem z hamburgerem). Wszyscy wokół bardzo się dziwili pytając czy aby na pewno dobrze się czuję i zapewniając, że jeść możemy za darmo i nie mam się martwić o koszta, a w ogóle to od kiedy jestem wegetarianką?

Otóż nie jestem. Jeszcze. Na razie ograniczam. Powody nie mają nic wspólnego z tym, że mi mięso nie smakuje, bo każdy, kto mnie zna i widział jak spożywam wie, że jestem/byłam mięsożercą nieprzeciętnym i bardzo mi ono smakuje/smakowało. Powody są zupełnie balucze. Powody są brakohipokrytyczne. Bo nie jest tak, że kotki, pieski, konie etc. (nie wliczając w to,  niestety, świnek morskich*) są aja, więc ich nie jemy, a te wszystkie inne są mniej fajne i możemy się nimi zajadać. Nie jest tak i już. Bo nie może tak być.

Tym, którzy się martwią, że zwiotczeję przypominam, że od zawsze jadłam mięso, a mój poziom hemoglobiny i tak nigdy nie pozwolił mi oddać krvicy.

Będzie dobrze, zdradzonaczarodziejka mówi, że są przecież parówki sojowe...

Ament.

* jak powszechnie wiadomo, świnka morska nie jest ani świnką ani morska, a co za tym idzie do niczego się nie nadaje, śmierdzi, jest głupia i robi bobki po kątach, więc jest zupełnie bezużyteczna

00:17, b.a.l.u.k
Link Komentarze (17) »
wtorek, 20 października 2009
Metro

Jako że przebrzmiewają jeszcze niekiedy echa mej dziecięcej choroby lokomocyjnej, nie mogę w metrze czytać, bo robi mi się niedobrze, zwłaszcza, że bardzo często trzeba siedzieć (jeśli w ogóle) bokiem do kierunku jazdy, co jest jakimś nienaturalnym wymysłem niezdolnym do zaakceptowania przez mój biedny błędnik uszny. A skoro nie mogę czytać, to się nudzę i mimo, że pociągi mkną bardzo szybko, podróż długości nawet kilku stacji mi się dłuży. Nie mogę również gapić się za okno, bo za oknem nic nie ma (choć każdy, kto oglądał Kontrolerów doskonale wie, co się czai w ciemnych czeluściach metrzanych korytarzy). Nie mogę się zbyt ostentacyjnie gapić na współpasażerów, bo oni wszyscy mniej lub bardziej czarni i zaraz by mnie posądzono o rasizm albo o to, że nigdy murzyna na oczy nie widziałam, a kobiety w hijabie to już w ogóle. Więc się za bardzo na nich wszystkich nie patrzę, ale za to oni zwykle uważnie przyglądają się mnie (białe to to jakieś, blade, włosy wypłowiałe, oczy takie niewyraźne, a w ogóle to chłopak czy dziewczyna?). Empetrzy nie mogę słuchać, bo nie mam słuchawek. Nie mam też wypasionej komóry, którą bym się mogła w trakcie jazdy bawić i wysyłać-smsy-oglądać-filmiki-i-pukać-w-ekran-plastikowym-patyczkiem-puk-puk. Moja nie ma nawet zasięgu pod ziemią. Jeżdżenie metrem uznawałam zatem za zło konieczne nie niosące w sobie wielu przyjemności.
Ale, ale!
Okazuje się bowiem, że nie tylko Szwedy uprawiają w swoim undergroundzie sztukę. Hiszpany, poza tym, że uwielbiają złote ramy lustrzane i kryształowe żyrandole, czasem też puszczają na małych ekranikach filmy animowane w metrze (w ramach festiwalowych tym razem). Są na tyle krótkie, by można je było obejrzeć w drodze do fabryki. Mnie się najbardziej podoba ten:

Inne animacje można obejrzeć tutaj. Mnie się podoba Western Spaghetti, bo po pierwsze jest o jedzeniu, a po drugie występuje w nim kalejdoskop. No i wątki niemięsne. Przy okazji polecam inne filmiki pana, co się zwie PES właśnie.

Baluk, co miał wolne dziś

21:59, b.a.l.u.k
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 października 2009
Nocne marki, nocne łódki

Jak wracam z pracy, to na morzu kołyszą się łódki i czarna woda chlupie, a wiatr nie jest już ciepły. Palmy trzepoczące nijak się jednak mają do mojego wyobrażenia jesieni, uznajmy więc, że jest późne lato. Gdybym miała łódkę, to i tak bym tylko na niej rzygała. I może jedynie imię bym jej nadała jakie ładne i stała by w porcie kiwając się na boki. Jak ten pies na łańcuchu.

Nie mam melankolii, a chciałabym mieć. Jakoś nie idzie bez ciemnego popołudnia, herbaty i tych wszystkich gadżetów, które wprawiają człowieka w smutek. Gupi Baluk.

Zamierzam sobie sama obciąć włosy, bo mi szkoda na fryzjera, a poza tym on nie wie jak.

Nasmarowałam dziś buty lisią oliwką do ciała, błyszczą się teraz pięknie i lepiej chodzą.

Ostatnio zjadłam coś takiego. To w końcu OWOCE morza, co nie?

02:06, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »
środa, 07 października 2009
Mafia

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to informuję, że pracuję dla mafii. Bułgarskiej mafii. Jestem uroczą barmanko-kelnerką w irlandzkiej knajpie, której właścicielem jest Ponury Pan Bułgar. Bezpośredni z nim kontakt miałam tylko raz, gdy to wymijał mnie w drzwiach i mruknął coś (najpewniej „dzień dobry” czy inne równie wylewne powitanie), ale doprawdy nie wiem, w jakim języku. Morale me milczą, a cnota pozostaje na razie bezpieczną, bo ani tych środków odurzających, którymi ponoć handlują nie widziałam, ani z tymi paniami, co je ponoć sprzedają nigdy nie rozmawiałam. Poza tym płacą mi ełraski i mają całą lodówkę wódek Sobieski, a dziewczyna mojego bezpośredniego zwierzchnika ma na imię Iwona, więc spuszczę po sobie zasłonę milczenia i jak tylko zarobię na oddanie wszystkich długów, to natychmiast stamtąd ucieknę. Tymczasem mieszam te drinaski i staram się nie mylić szklanek oraz nie wpychać cytryny tam, gdzie jest ona niepożądana. Nadal również nie rozumiem, jak można pić rum z colą i tak się tym zachwycać?

Jednym ze wspomnianych długów jest nie zapłacony mandat, który mnie jakimś cudem znalazł po roku i nieśmiało zapukał do drzwi na nowy adres. Mandat powstał na skutek przekroczenia prędkości, gdy to mknęłam na Mimozę ze skrzydłami na tylnym siedzeniu Fiesty, a panowie policjanci za cholerę nie chcieli zrozumieć, że to sprawa szycia i śmieci. Gupie Hiszpany mają wszystko skomputeryzowane.

Innym długiem jest Maganuna.

00:39, b.a.l.u.k
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 września 2009
Sweet Waitress Baluk

O tutaj dokładnie:

Irish Pub

A gdyby ktoś chciał sobie pooglądać okolicę, to należy wpisać takie współrzędne, jakie widnieją u dołu zdjęcia. Pierwsze to szerokość a drugie długość. Albo odwrotnie.

14:24, b.a.l.u.k
Link Komentarze (11) »
niedziela, 20 września 2009
Noc w México

Dziś w Meksyku wojna. Nie wiem dokładnie, co się dzieje, ale policji dużo (z pięć radiowozów, dwa motocykle i jeden samochód z paką). Ludzie latają po ulicach, krzyczą, kobiety ciągną swoich marido za rękawy, żeby TAM nie szli, z klatki naprzeciw wybiega pani i z paniką w głosie wrzeszczy: tam jest mój mąż!, a ja i tak rozumiem głównie magiczne słowo puta*. Zrobiłam zdjęcie, ale na skutek rozświetlonych kogutów policyjnych nic na nim nie widać, musicie zatem uwierzyć na słowo.

Przy okazji picia wina i jedzenia szynki naszło mnie wspomnienie Świętej Nogi, którą kiedyś zakupiłyśmy ze zdradzonączarodziejką poczuwając się pełnoprawnymi Hiszpankami (to było jeszcze zanim postanowiłam zastanowić się nad nie jedzeniem nóg oraz innych odzwierzęcych części ciała). Noga wyglądała tak:

Ładna, prawda? W każdym domu w tym ciepłym kraju taką mają. Żony wstają rankami i ostrym nożem skrawają mężowi oraz dzieciom jamona na kanapkowe śniadanie. My również odkrawałyśmy sobie takie kawałki do momentu, kiedy to noga się trochę zepsuła. To było rok temu. Nie dalej jak wczoraj maszerowałyśmy ulicą i napotkałyśmy w kontenerze na śmieci pozostałości innej Świętej Nogi. Jeśli jesteście ciekawi, jak one wyglądały najedźcie kursorem na zdjęcie powyżej.

Ten widok umocnił mnie w przekonaniu, że czas by o tym wszystkim bardziej pomyśleć. Wprawdzie zdradzonaczarodziejka mówi, że jak przestanę jeść mięso to zniknę i znowu ludzie będą myśleć, że zbieram na operację, ale w końcu myślą tak od zawsze, więc niewiele mam do stracenia.

03:33, b.a.l.u.k
Link Komentarze (28) »
wtorek, 15 września 2009
Kisza

Wyszła dziś z domu w spodniach oraz w długim rękawie. Sandały na nogach miała, bo w stopy jeszcze nie zimno. Deszcz pada. Dziwne to, bo wcześniej po kropli, a teraz wiadrami. Wszystko się oczyszcza, mówią Hiszpany, drzew nie będą już musieli podlewać w parku. A w parku dzikie koty mają swój raj, nic ich nie obchodzi, siedzą na środku ścieżki i bezczelnie ignorują przechodzące obok psie potwory. Trochę zmokną, ale to nic. Mają przecież jedzenie.

A ja mam w domu dzikiego szczura. Nie lubi moknąć, więc podczas deszczu siada na parapecie. I siedzi.

 

I gapi się na Was, ale wcale tego nie widzicie.

12:52, b.a.l.u.k
Link Komentarze (13) »
wtorek, 08 września 2009
Pogodynka Baluk donosi

Wciąż ciepło bardzo, choć można zauważyć pewne symptomy nadchodzącej jesieni (która nadejdzie oczywiście najwcześniej w listopadzie). Oto one:

- nocą przykrywamy się rzeczą (wcześniej przykrywałyśmy się niczem)

- czasem z nieba lecą krople, wystawiam wtedy głowę za okno i je łapię na twarz (i nie są to siki papug, bo jak powszechnie wiadomo papugi na wolności nie mają potrzeb fizjologicznych)

- nie piję stu litrów płynów dziennie (tylko z pięćdziesiąt) oraz zaczynam pić herbatę

- mam większy apetyt aka przestaję zbierać na operację

- nie mogę doczekać sie nowych trampek, by w końcu zalożyć skarpetki od Any

- przejechałam dziś rowerem równowartość siedmiu stacji metra i nie padłam trupem od asfaltowych wyziewów słonecznych

- nie chce mi się już opalać tylko szurać spadniętymi z drzew liśćmi (Gdyby Palmy Mogły Linieć III)

- wczoraj były tylko 32 stopnie!

Jedyne czego nie lubię do jedzenie to karczochy (i brukselka w ilości więcej niż jedna sztuka). Wszędzie się na nie natykam. Dziś wyskoczyły na mnie z mrożonki warzywnej i załopotały swoimi suchymi warstwami informując, że są jej głównym składnikiem. Oszukaństwo.

Wychodzi na to, że jesień idzie, owszem, ale we mnie.

Baluk non-karczochista

01:47, b.a.l.u.k
Link Komentarze (7) »
wtorek, 01 września 2009
54,0 Mb/s

Ponowne posiadanie Internetu w domu jest bardzo dziwne. Nie muszę chodzić do Pakistańca na dole by, w gronie nastolatków grających w bardzo rozwijające gry z wątkami nie-śmiertelnymi czy też wśród panów przyglądającym się cyfrowym paniom bez ubrań, przejrzeć sieć. A papierosy palono tam zamaszyście i słonecznik dłubano na potęgę. Nie muszę poddawać się tym (jakże niechlubnym) procederom, podczas których zmuszona byłam wystawać metr z mieszkania przez okno i łapać krążące w okolicy fale elektromagnetyczne. Siadam i mam. Moje. Przez kabel albo bezprzewodowo. Na znajomym komputerze bez klawisza Delete.

Jako że osiągnięć zawodowych na razie mi brakuje, nie mogę nie wspomnieć o tym, iż nauczyłam La Motas pływać (i to wcale nie jest tak, że wszystkie psy pływają, gdybyście poznali La Motas zmienilibyście zdanie). Otóż ten oto pies pływał w morzu. Został wywabiony podstępem spod parasolki plażowej dającej kojący cień i wprowadzony wprost w bardzo mokry przestwór oceanu. Ludzie z reguły patrzyli na to wydarzenie źle, zdając się nie rozumieć, że pies nigdy nie nasika do wody płynąc, że aby się wysikać musi albo podnieść łapę do góry, gdy on albo przykucnąć, gdy ona. Nie mówiąc już o kupie. I o tym, że najwięksi syfiarze na plaży to ludzie właśnie, nie zwierzęta. Przy okazji dokonało się ciekawe odkrycie, a mianowicie okazało się, że Motas jest nie szara a biała.

Gram też w grę dwuosobową, która polega na odbijaniu rakietką małej, gumowej piłki o ścianę. Istotna jest w tym sporcie siła uderzenia, więc mam powody przypuszczać, że nie osiągnę sporych rezultatów. Jednak już samo jechanie metrem z wypasionym pokrowcem na ową rakietkę, daje mi dużą satysfakcję. Udało mi się również odkryć różne mięśnie, o których posiadanie bym się nigdy nie podejrzewała. I tak, na przykład, w pośladkach coś mi się ruszyło. Myślelibyście?

Baluk obiecujący nadawać częściej

 

01:31, b.a.l.u.k
Link Komentarze (10) »
wtorek, 18 sierpnia 2009
Na bezrobociu

Nigdy nie zapisujcie się na hospitalityclub.org (nie tylko dlatego, że mają przebrzydłą stronę). Wczoraj pewne dwie frywolne dziewczęcia z Francji bardzo potrzebowały noclegu w Barcelonie, a że jesteśmy z natury gościnne i miłe to zgodziłyśmy się, mimo iż niewiasty dały nam znać o swej potrzebie kilka godzin wcześniej (nieważne, że Zdradzona Czarodziejka wyraźnie napisała przy rejestracji, żeby dawać znać trzy dni wcześniej). Ale dobrze, przecież każdemu coś czasem wypada niespodziewanego, nieprawdaż? Chciałyśmy zrobić dla biednych autostopowiczek coś dobrego i odwdzięczyć się za te wszystkie razy w życiu, kiedy to nam ktoś pomógł, zrobiłyśmy zakupy, naładowałyśmy lodówkę napojami różnej maści, obmyśliłyśmy kolację, by dziewczęta zjadły coś ciepłego, zmieniłyśmy swoje plany (urodzinowy szampan u znajomej został zminimalizowany do czasu niezbędnego do wypicia dwóch kieliszków), posprzątałyśmy mieszkanie (wraz z pozamiataniem zwierzęcych kłaków z podłogi, co graniczy właściwie z cudem). I co? I dupa. Dwie Francuzeczki dwadzieścia minut przed umówionym spotkaniem napisały, że nie dojadą, bo spotkały „some people” i są dość daleko od nas i w takim razie poszukają „another place”. No ja nie wiem, ale czas chyba stać się zupełnie złym człowiekiem, który ma wszystko gdzieś i interesuje się tylko swoim własnym losem. Wrr.

A poza tym upały straszne. Dziś to było na pewno pod czterdziestkę, bo nawet idąc ulicą po 22.00 nie miałam czym oddychać. Parchaty Pies Motas leży i zipie, faceci na ulicach łażą z koszulkami podciągniętymi pod samą szyję demonstrując przy tym swe dorodne brzuchy (do tego poklepują je cali z siebie zadowoleni). Ja staram się nie pokazywać na słońcu, gdy nie muszę, najchłodniej to jest teraz chyba na plaży, tam przynajmniej wieje jakiś wiatr od morza.

Jestem wciąż Balukiem Bezrobotnym, ale trochę na własne życzenie. Grzecznie odmówiłam pani z McDonalda i nie poszłam na entrevistę, trzeba się jednak kurna trochę cenić. W przyszłym tygodniu idę za to na kolejną rozmowę do firmy, o której już pisałam ostatnio (że do niej idę i że się okaże, czy coś wiem, czy nie wiem nic). Otóż okazało się, że jednak coś wiem i zapraszają raz jeszcze. To idę. Oby takich jak ja było jak najmniej. Kiedyś w pewnym badaniu udawałam przecież „młodą, zamożną i wykształconą”, więc może nie będzie tak źle. Poza tym ja naprawdę pierwszorzędnie kłamię.

A tak w ogóle, to z robotą jest tu całkiem kiepsko teraz, wszyscy wyjechali na wakacje i nikt sobie głowy nie zawraca zatrudnianiem kogokolwiek. Niby słusznie, bo w końcu wakacje, ale mi bezrobocie jednak nie służy. W ostateczności mogę być przecież uroczą kelnereczką, co nie? (tu należy mocno zaprzeczyć)

Dom prawie urządzony, porozwieszałam obrazki (uwielbiam rozwieszać obrazki!), poutykałam na galerii niepotrzebne rzeczy, naprawiłam rower, znalazłam na śmietniku zieloną, drewnianą miskę, która stała się miską owocowo-warzywną, aktualnie truję też mrówki kuchenne oraz rozwieszam na ścianach papierowe koty. Mówię Wam, mnóstwo mam roboty! W wolnych chwilach oglądam Przystanek Alaska, żeby sobie przypomnieć, że gdzieś na świecie bywa zimno, trzeba nosić kurtki i czapki i robi się ciemno o 15.00. Wszystko, co po polsku już przeczytane (no dobra, zostały jeszcze Wichrowe Wzgórza...). Kiedyś bym powiedziała, że każdy kto chce mnie odwiedzić powinien przynieść ze sobą coś dobrego do jedzenia; dziś mówię: „Chcesz wpaść? Nie ma problemu! Tylko przywieź ze sobą jakąś książkę po polsku…”

Pozdrawiam i idę się utopić w lodowatej wodzie.

21:43, b.a.l.u.k
Link Komentarze (16) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8